Jak poznałem Corny Morgenstern
Żeby zrozumieć to wszystko, co
wydarzyło się do tej pory i to, co jeszcze się wydarzy, musimy na chwilę cofnąć
się o kilka lat.
Historia, którą znamy, tak naprawdę zaczęła się pierwszego września
tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Severus Snape po raz
dziesiąty zasiadł za stołem nauczycielskim i już od samego rozpoczęcia Uczty
Powitalnej uważnie śledził swoimi czarnymi oczami chudego, jedenastoletniego
chłopca w okularach, niejakiego Harry’ego Pottera, który przed kilkoma minutami
dołączył do złoto-czerwonego Gryffindoru. Severus wbijał w chłopca niezbyt
przyjacielskie spojrzenie, jednocześnie machinalnie potakując plotącemu trzy po
trzy Quirrellowi, nauczycielowi obrony. Severusa nie interesowało, co Quirrell
miał (lub może raczej nie miał) do powiedzenia, szukał w jedenastolatku
podobieństwa do swojego wroga ze szkolnych lat i w ogóle nie zawracał uwagi na
Ślizgonów, swoich podopiecznych. Nie wiedział także jeszcze, że troje
pierwszorocznych, które trafiło pod jego nietoperze skrzydła równocześnie z
przydzieleniem Pottera do Domu Lwa, będzie miało jakikolwiek wpływ na jego
dalsze życie.
Severus zerknął przelotnie na sztywnych i pogardliwie wykrzywionych
wychowanków Slytherinu siedzących przy zielonym stole. Znakomita większość pochodziła
ze starych, obrzydliwie bogatych rodów czarodziejskich, szczycących się czystką
krwią od zarania dziejów, zaledwie kilkoro było półkrwi, pięcioro wychowywało
się w mugolskich sierocińcach, a tylko dwoje pochodziło z typowo mugolskich
rodzin. Jednak nawet Ślizgoni nieczystej krwi byli sztywni i wyniośli,
niezbyt mili dla mieszkańców innych domów.
Severus doskonale o tym wiedział, sam też kiedyś był Ślizgonem. Teraz
jego spojrzenie przykuło troje nowych uczniów, siedzących między innymi
przyjętymi przed kilkoma chwilami do Slytherinu pierwszorocznymi, ale jakby
oddzielonych od nich niewidzialną barierą.
Dwoje z nich już znał. Do Hogwartu w roku dziewięćdziesiątym pierwszym
zawitał książę wśród czarodziejskiej arystokracji Anglii – Draco Azrael Malfoy,
białowłosy despota o zimnych, szarych oczach oraz chorobliwie bladej, chudej
twarzy. Syn przyjaciela, jak to zdarzało się stwierdzać Severusowi w
przypływie czarnego humoru. Bez dwóch zdań arogancki i cyniczny dziedzic
wielkiej fortuny i nie byle jakiego nazwiska, wyniosły i pewny siebie jak mało
kto. Severus patrzył na niego z niechęcią i sam nie wiedział, czy negatywne
nastawienie do chłopca było wynikiem awersji do jego ojca, jeszcze bardziej
wyniosłego i przekonanego o swojej wyższości nad innymi Lucjusza Malfoya II,
czy może wykrzywionych ust samego Dracona.
A może Severus po prostu nie lubił dzieci.
Tuż obok białowłosego księcia narodu siedział Blaise Romulus Zabini,
który wydawał się być przynajmniej dwa razy większym od cherlawego Malfoya i na
pewno o wiele zdrowszym. Severus znał jego matkę – przepiękna Simone Zabini
była ze trzy lata od niego starsza i miał okazję podziwiać ją w szkole za
swoich młodzieńczych czasów. Blaise – postawny, czarnowłosy, o ciemnych oczach
oraz oliwkowej skórze – wcale nie był podobny do swojej wspaniałej matki,
bladej długonogiej blondynki o niebieskich oczach. Poza tym od początku wydawał
się być nieśmiałym i cichym chłopcem, a nieśmiałość była ostatnią rzeczą, o
której posiadanie można było posądzić Simone Zabini.
Trzecia była dziewczynka, do tej pory nieznana Severusowi, który
spoglądał na nią ze skrywaną ciekawością. Nie dalej jak pod koniec lipca
przeczytał o niej z dokumentów Dumbledore’a, gdy na radzie omawiali
dofinansowanie dla uczniów, których nie stać było na podręczniki, szaty oraz
przybory szkolne. I to właśnie była ona, Ceridwen Riannon Morgenstern. Sierota.
Mugolaczka. Mało tego – mugolaczka, która znalazła się w Slytherinie. Patrząc
na nią, Severusowi przychodziło na myśl dzikie zwierzę. Drapieżne i niebezpieczne.
Nawet mimo tego że stała spokojnie, siedziała spokojnie, mówiła spokojnie i
nawet niewiele, a także nie robiła gwałtownych gestów, Severus widział w niej
drapieżność. Miała wszelkie cechy dziecka ulicy – ostrożne spojrzenia rzucane
ukradkiem na boki, płynne ruchy łowcy, napięte mięśnie, ciało gotowe w każdej
chwili zaatakować lub rzucić się do ucieczki. Co gorsza, pozostała dwójka też
to miała. Jakby chłopcy nie byli dobrze urodzonymi arystokratami.
Ceridwen Riannon Morgenstern, drobna, bardzo blada, czarnowłosa sierota w
rozjechanych trampkach, sierota siedząca między arystokratami pełną gębą.
Mugolaczka w Slytherinie, między czarodziejami czystej krwi. Zadziwiające,
pomyślał Severus, który nigdy nie był zwolennikiem segregacji rasowej, ale przyglądał
się temu z ciekawością. Dziewczynka podniosła głowę i spojrzała na niego swoimi
ogromnymi, czarnymi oczami. Doprawy, zadziwiające.
Malfoy, Zabini, Morgenstern. To trio od tej pory spędzało mu sen z powiek
bardziej od samego Harry’ego Pottera.
_______________
Opis do tytułu: Jak poznałem Corny Morgenstern – parafraza: Jak poznałem
waszą matkę (ang. How I Met Your Mother), tytułu amerykańskiego
sitcomu emitowanego od 2005 roku przez stację CBS.
Zauważyłam, że odkąd nie powiadamiam o nowych rozdziałach, popularność bloga gwałtownie spadła. Cóż, zdarza się. Pewnie niektórzy nie odkryli jeszcze funkcji obserwowania ulubionych blogów na Blogspocie, którą ja poznałam dopiero niedawno. Ale nic to, mnie to nie przeszkadza, choć nieco smuci. Piszę jednak, bo sprawia mi to frajdę i tak strasznie nie przejmuję się tym, czy ktoś to czyta, czy nie.
Prolog jak prolog, nic nowego, nic odkrywczego. Pomyślałam, że może chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o Corny. Nie jest taka niewinna, na jaką wygląda. Zobaczycie, czemu Severus nie lubił Malfoya. I obawiam się, że znienawidzicie mnie za to.
Wesołych Świąt!
Wasza,