Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hymn I. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hymn I. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

Rozdział dwudziesty ósmy

Wieża rozjarzona błyskawicami

Jeśli chce się mieć przyjaciela, trzeba też chcieć prowadzić o niego wojnę; aby zaś prowadzić wojnę, trzeba umieć być wrogiem.
Friedrich Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra

[UWAGA! WULGARYZMY]
30 czerwca 1997
20:44
Hogwart był cichy i śpiący, nie przeczuwał nadchodzącej grozy, nie widział zaczynającej się wojny. Draco pomyślał, że mógłby teraz wysadzić cały zamek w powietrze, a on przeszedłby tylko z jednego snu w drugi. Wieczny.
Rozdzielili się w sali wejściowej. Blaise pobiegł na błonia, tuż pod zamkową bramę, mając za zadanie pilnować, aby żadnemu ze śmierciożerców nie przyszło do głowy otworzyć jej i wpuścić innych. Wprawdzie plan tego nie przewidywał, ale po swojej szalonej ciotce Draco mógł spodziewać się wszystkiego. Na trzecim piętrze przemknął tuż za plecami wielkiego jak szafa aurora oraz jednocześnie członka Zakonu Feniksa, czarnoskórego Kingsleya Schacklebolta, który tej nocy patrolował korytarze. Na siódmym piętrze pojawiła się znikąd przed Draconem McGonagall, chyba wychodząca z wieży Gryffindoru, co zatrzymało go na chwilę za najbliższą zbroją. Wstrzymał oddech, gdy przechodziła obok niego i wypuścił powietrze, dopiero gdy zniknęła za rogiem. Dzięki swojemu wilkołactwu Blaise zawsze miał wyostrzone zmysły, nawet gdy nie było blisko pełni i Draco nie miał pojęcia, czy u animaga w ludzkiej postaci też to tak działało. McGonagall minęła go bez zatrzymywania i dopiero wtedy odetchnął z ulgą.

20:57
Pod Pokojem Życzeń, zgodnie z zapowiedzią Corny, czekało na niego dwoje rudych jak wiewiórki Weasleyów i Longbottom w wojowniczym nastawieniu. Nie wyglądali jednak zbytnio groźnie, gryfońsko – owszem, ale Draco nigdy nie bał się jakichś tam Gryfiaków. Co nie oznaczało, że nie psuli mu planów.
— Super, kurwa — wymamrotał, przyglądając im się zza rogu.
Nawet gdyby udało mu się przemknąć obok nich pod zaklęciem Kameleona, co byłoby wręcz dziecinnie łatwe, bo przecież Weasley i Longbottom nie grzeszyli spostrzegawczością i tylko z Weasleyówną byłby problem, w życiu nie otworzyłby drzwi Pokoju tak, żeby się nie zorientowali. Szlag by to, pomyślał, chowając się za ścianę. Po jaką cholerę ja w ogóle stamtąd wyłaziłem? Rozważał coś pomiędzy zamordowaniem całej trójki a jedynie ogłuszeniem, ewentualnie mógł jeszcze rzucić na korytarz trochę Peruwiańskiego Proszku Natychmiastowej Ciemności lub w jakiś mniej wyszukany sposób zgasić im światło, gdy nagle donośny huk wybuchu – zlokalizowanego zdaje się, że jakoś tak piętro niżej – zatrząsł całym zamkiem od jego fundamentów, chyba aż po zwieńczenia licznych wież i baszt, z dyrektorską włącznie. Zadrżały szyby w oknach, najbliższe zbroje zaklekotały, niektórym z nich poodpadały części ciała i trzasnęły o posadzkę, zaś marmurowy posąg na końcu korytarza zachybotał się, przewrócił i rozbił w drobny mak na kamiennej posadzce.
Cholera, co jest?, pomyślał Draco z niepokojem, wychylając się odrobinę zza rogu i przyglądając podejrzliwie wychowankom Domu Lwa.
Wśród Gryfonów zapanowała chwilowa konsternacja. Popatrzyli po sobie, nic nie rozumiejąc, zachwiali się w prawo i w lewo niczym pingwiny i nagle wszyscy troje jednocześnie rzucili w kierunku schodów, jakby goniło ich stado jadowitych węży, morderczych smoków, ewentualnie rozszalałych hipogryfów. Przez krótką chwilę Draco zastanawiał się, czy nie pobiec za nimi. Zerknął na zegarek. Corny, zamorduję cię, rzucił w myślach.
Bezszelestnie przemknął do Pokoju Życzeń.

21:03
Był spóźniony. Aż trzy minuty. To nie był raczej dobry znak. Szaleńczo gnał labiryntem staroci, z sercem bijącym tak mocno, że mało nie wyskoczyło mu z piersi. Oby to naprawdę była Corny, myślał gorączkowo. Oby to była ona, nawet jeśli będę ją musiał za to zamordować. Oby to była ona, oby to była ona… Stanął przed Znikającą Szafą prawie ze strachem widocznym na twarzy. Weź się, do ciężkiej cholery, w garść, Malfoy, warknął na siebie.
Wdech, wydech, wdech, wydech… Po chwili w Pokoju Życzeń, naprzeciwko starej i rozklekotanej Znikającej Szafy, stał już nikt inny, jak zimny i jak zwykle obojętny na wszystko białowłosy Draco Malfoy o chłodnym spojrzeniu.
Pięć minut spóźnienia.
Jestem martwy, pomyślał, nie zmieniając wyrazu twarzy. Zabiją mnie. Jak nic mnie zamordują. Wypatroszą, obedrą ze skóry, wyrwą serce, a potem ugotują i zjedzą na obiad, niczym jakiś pieprzony Hannibal Lecter, o którym to wciąż z takim zachwytem opowiada Corny.
Zabiją.
Retrorei.

21:07
Pierwsza wyszła ciotka Bellatrix.
Jeśli kiedykolwiek ktoś zapytałby Dracona, jak wyglądałaby za dwadzieścia lat szalona Corny-morderczyni, on bez wahania odpowiedziałby, że dokładnie tak jak jego stuknięta ciotka Bella. Kobieta miała na sobie zniszczoną, czarną suknię z cienkiego, gładkiego materiału, podartą na rękawach i wystrzępioną na dole, a spod niej wyglądały nagie żebra i kości wszystkich stawów. Przerzedzone włosy, zwijające się w czarne strąki-loki, upięła niechlujnie do góry, tak że luźne pasma opadały jej na twarz i na nagie ramiona. Miała przerażająco bladą skórę, chude dłonie z długimi palcami o połamanych, czarnych paznokciach. Ale najbardziej przerażająca była jej twarz – zniszczona Azkabanem, wychudzona i trupioblada, o zapadniętych policzkach, popękanych, fioletowo-sinych wargach oraz ciemnych, mocno zaznaczonych cieniach pod czarnymi, rozbieganymi oczami.
Draco zawsze miał nadzieję, że Corny jednak nigdy nie oszaleje aż tak, żeby zostać seryjną morderczynią i skończyć w więzieniu czarodziejów jak Bellatrix Lestrange. Choć, jak nie patrzeć, niewiele im obojgu do tego brakowało.
Śmierciożerczyni uśmiechnęła się w krwiożerczy sposób, odsłaniając dwa rzędy zepsutych zębów. Odsunęła się, żeby zrobić miejsce dla innych, nie spuszczając z oczu Dracona. Czuł się, delikatnie mówiąc, odrobinę niepewnie i milcząc, stał z boku, próbując nie rzucać się w oczy. Ciotka budziła w nim niezbyt przyjemne uczucia, kojarząc mu się z ojcem, o którym sama myśl napawała go wstrętem i nienawiścią. Jej szaleństwo sprawiało, że nie potrafił przewidzieć jej zachowań, co go irytowało. Przyzwyczaił się już do tego, że znał każdy ruch przeciwnika.
— Spóźniłeś się, Draconie — syknęła w końcu Bella, mrużąc oczy. Wyglądało jednak na to, że miała spory problem ze skupieniem wzroku. Podobno u Blacków szaleństwo było wrodzone.
— Wiem — odparł, siląc się na spokój. — Nastąpiły chwilowe komplikacje, ale już zostały rozwiązane. — Chyba, dodał w myślach.
Dla odmiany wyszczerzył się Fenrir Greyback, którego Draco miał wątpliwą przyjemność poznać w wakacje i który swoim zwierzęcym wyglądem sprawił, że chłopaka zmroziło jeszcze bardziej. Niestety, jakoś nie przewidział pojawienia się w Hogwarcie kogoś bardziej krwiożerczego od jego własnej, osobistej ciotki. Miał wrażenie, że Pokój Życzeń wypełnił nagle zapach krwi i trzask łamiących się kości. Rodzeństwo Carrow, oboje wyglądający jak książkowy przykład psychopatycznych seryjnych morderców, niscy, grubi i, zdaje się, nieco przygłupi, nie sprawiali wrażenia sympatycznych, a tuż za nimi wyszło jeszcze trzech równie paskudnych śmierciożerców o równie paskudnych myślach i krwiożerczych zapałach. Draco nie znał żadnego z nich i chyba wolał nie znać bliżej, przynajmniej w najbliższym czasie.
Nie ma co, ciekawe towarzystwo, pomyślał, starając się nie zmienić ani na sekundę wyrazu twarzy, a już tym bardziej nie dać poznać po sobie strachu czy choć odrobiny niezadowolenia. Sam nie wiedział, co byłoby gorsze. To twoi nowi kumple, Malfoy, dodał szyderczy głosik w jego głowie. Poczuł, że robiło mu się tak jakby trochę słabo.
— Idziemy? — zapytał Greyback ze zniecierpliwieniem, gdy tłusty blondyn o pustym spojrzeniu wyblakłych niebieskich oczu zatrzasnął drzwi szafki. Miał nieprzyjemny głos, niski, ochrypły, niczym szczekanie psa na łańcuchu, który za wszelką cenę pragnie się zerwać. Draco zastanowił się, czy tylko on pomyślał, że sprowadzenie tutaj wilkołaka było bardzo złym pomysłem. Pozostali byli jednak zbyt zaaferowani faktem, że znaleźli się tak blisko obietnicy darmowej wyżerki dla Zewu Krwi, że nie zastanawiali się nad tym nawet przez sekundę.
— Gdzie ci tak śpieszno, zapchlony kundlu? — Bellatrix szybko pohamowała wilkołaka, choć sama wyraźnie wyrywała się do wywołania małej apokalipsy. Jej czarne oczy sprawiały wrażenie jeszcze bardziej szalonych. — Draco prowadzi, prawda, skarbie? — Jej ociekający słodyczą ton i uśmiech pełen zepsutych zębów sprawił, że chłopakowi zjeżyły się wszystkie włosy.
Kiwnął tylko głową, niedowierzając własnemu głosowi.
— Więc? — ponagliła Alecto Carrow o cienkich, jasnych włosach zebranych w tłusty kok i mętnych oczach, z których wprost ziało okrucieństwo. — Będziemy tak tu stać, aż się zestarzejemy? Drops raczej nie poczeka, aż ktoś łaskawie przyjdzie, żeby go zabić. Mamy go sprzątnąć, no nie?
Drobne uogólnienie, pomyślał Draco, przyglądając się jej ciekawie. Ojciec często powtarzał, że Carrowowie nie byli lepsi od Greybacka – tak samo nieludzcy i krwiożerczy niczym oszalałe drapieżne zwierzęta wypuszczone z klatki. A może raczej padlinożerne hieny. Draco nie mógł się zdecydować, co bardzie pasowało do tego rodzeństwa z piekła rodem.
— Dumbledore’a nie ma w tej chwili w Hogwarcie — powiedział bardzo cicho, maskując strach lodowatym spokojem i niskim tonem, który wyćwiczył latami na młodszych Ślizgonach. — Jest teraz pewnie w Hogsmeade. Często opuszcza zamek wieczorami i zachodzi na kilka godzin do Trzech Mioteł albo Świńskiego Łba. Niedługo wróci — dodał, gdy oczy Amycusa Carrowa błysnęły złowieszczo.
— Świetnie. — Wielki, tłusty blondyn, który wszedł jako ostatni, zatarł ręce z dzikim uśmiechem. Nigdy nie będę taki jak on, pomyślał Draco, starając się nie patrzeć na niego zbyt natarczywie. Nigdy nie będę bezmyślną maszyną do zabijania. — Nie wiem jak wy, ale ja nie mam nic przeciwko małej rozróbie przed powrotem Dumbla. Zrobimy mu ciepłe powitanie.
— Uspokój się, Rowle — zgasiła go Bellatrix, której Czarny Pan najwyraźniej powierzył misję panowania nad całym towarzystwem. — Mamy trzymać się planu, idioto — wycharczała, a blondyn skulił się lekko. — Pan nie chce żadnego przelewu krwi młodzików. Zabijemy starego i wynosimy się stąd.
— Najpierw on musi pojawić się w zamku.
— Pójdziemy na Wieżę Astronomiczną — zarządził Draco, opracowując strategię na poczekaniu i zapamiętale grzebiąc w swojej starej torbie, którą zabrał pośpiesznie z dormitorium. Jakoś tak z miesiąc temu Corny kazała spakować w nią wszystkie możliwie przydatne przedmioty, które mogą pomóc w walce i obronie, czyli kilka zabawek Weasleyów (Proszek Natychmiastowej Ciemności, Bombonierki Lesera i detonatory pozorujące to niezła sprawa) oraz parę rzeczy od Borgina i Burke’a. — Wyczarujemy nad nią mroczny znak i poczekamy tam na Dumbledore’a. Wieża jest doskonale widoczna z Hogsmeade, więc raczej trudno byłoby nie zauważyć stamtąd znaku wiszącego nad zamkiem. — Mógłbym być szefem jakiejś bojówki obywatelskiej albo coś, stwierdził biorąc w dłoń garść Proszku Natychmiastowej Ciemności i wręcz nie mogąc się nadziwić swojej pomysłowości. — Dyrektor zaraz przybędzie na ratunek. Nie zostawi swojej ukochanej szkoły bez pomocy — dodał z nutą sarkazmu. Strach nagle się ulotnił, a w żyłach zaczęła buzować adrenalina.
— Nieźle zmyślone — wycharczał Greyback z niechętnym uznaniem.
Draco doszedł do wniosku, że komplement wilkołaka wcale nie spowodował u niego przypływu samozadowolenia.
— Nie będzie łatwo się tam dostać, możliwe, że będziemy musieli przebić się przez Zakon Feniksa, żeby dostać się na Wieżę. Jestem pewien, że Dumbledore rozstawił straże na czas swojej nieobecności. Nie wspominając nawet o Potterze, Wybawcy Świata, i jego paranojach — odruchowo przewrócił oczami, wypluwając to nazwisko jak przekleństwo. — Zapewne kręci się tu pełno jego kumpli.
— Wywęszył cię? — warknął Amycus, dając krok w jego stronę.
Draco posłał mu chłodne spojrzenie, mając ochotę odruchowo cofnąć się o krok, ale nogi miał jak wrośnięte w ziemię. Miał przy tym nadzieję, że żaden śmierciożerca nie usłyszał, jak głośno przełyka ślinę. Weź się w garść, do jasnej cholery, skarcił się w duchu. Jesteś panem świata, Malfoy, a nie jakimś trzęsącym majtkami ze strachu… Puchonem.
— Nie wywęszył — prychnął lekceważąco. Głos mu nie drżał. Też zrobił krok do przodu i spojrzał wyzywająco na Carrowa. Śmierciożerca sięgał mu ledwie do ramienia. — Tak cwany to on mimo wszystko nie jest. Po prostu ma setkę manii prześladowczych połączonych z ostrą paranoją i uważa, że jestem tutaj źródłem wszelkiego zła. Od bazyliszka, przez dementorów, aż po rozpętanie wojny. Na kogoś trzeba zwalić winę — sarknął, spoglądając na Amycusa z góry. Siłowali się przez dłuższą chwilę w milczeniu, aż w końcu śmierciożerca skapitulował.
Draco słyszał jak krew szumi mu w uszach. Od nadmiaru adrenaliny prawie zakręciło mu się w głowie. Czuł, że teraz mógłby zrobić wszystko.
Ale czy był w stanie zabić Dumbledore’a?
— I niewiele się pomylił — powiedziała Bellatrix, uśmiechając się jak wariatka i rzucając na boki rozbiegane spojrzenia. Draco mimowolnie pomyślał, że jego matka tuż przed swoją ucieczką miała takie same szalone oczy. Natychmiast zdusił w sobie tę myśl. Rozpamiętywanie przeszłości było kiepskim pomysłem w obecnej chwili. — Gibbon, ty wyczarujesz znak — rozkazała Lestrange.
Cherlawy, niski mężczyzna o czarnych włosach, brudnozielonych oczach i w szacie, która wyglądała, jakby należała do jego starszego, dwa razy większego brata, zabulgotał gniewnie na jej słowa. Draco rzucił śmierciożercy krótkie, ale za to bardzo wścibskie spojrzenie i ocenił go najdyskretniej jak mógł. Mężczyzna w żadnym razie nie przypominał słodkiej i delikatnej Anie, która była z Malfoyem na jednym roku. Jednak zbieżność nazwisk była mało prawdopodobna, zwłaszcza wśród śmierciożerców i dzieci śmierciożerców. To pewnie jakiś daleki kuzyn ciotki pociotki stryjka wujka brata szwagra, stwierdził w końcu.
— Dlaczego ja? — pisnął Gibbon. Nawet głos miał cherlawy. — Ominie mnie cała zabawa!
— Bo jesteś idiotą i zawsze są z tobą największe kłopoty — ucięła Bellatrix, mrużąc oczy i próbując skupić na nim wzrok. — Nie mam pojęcia, czemu Pan cię z nami wysłał, ale Pan jest nieomylny i musi mieć w tym jakiś cel. Prędzej zabijesz któregoś z nas niż kogoś z Armii Zbawienia. Albo ktoś cię uśmierci nim zdążysz wyjąć różdżkę.
Draco doszedł do wniosku, że nie mogła się wiele mylić, liczył tylko, że nie ucierpi na tym jego Armia Pana, z której naśmiewał się Diabeł. Wymoczkowaty Gibbon nie był typem wielkiego i tępego półgłówka, lecz małego cwaniaczka, z którym więcej było problemów niż pożytku. Jak Theo Nott, którego wiecznie trzeba było wyciągać z bagna. Może byli spokrewnieni?
— Idziemy? — zapytał chłopak ze zniecierpliwieniem, w jednej dłoni ściskając wyschniętą rękę Glorii (którą zakupił oczywiście za namową Corny, jak zawsze przewidującą każdy możliwy rozwój sytuacji i wszelkie potrzebne środki), a w drugiej garść Proszku Natychmiastowej Ciemności.
— No wreszcie — prychnęła Alecto, przyglądając mu się jednak ze sporą dozą rezerwy. Mrużyła oczy w sposób, który stanowczo mu się nie podobał. — Już zaczynałam się obawiać, że zapuścimy tu korzenie

21:37
Bez przeszkód przeprowadził śmierciożerców przez labirynt Pokoju Życzeń, który był mu równie dobrze znany, co rozkład pokoi i korytarzy w jego własnym domu, w Malfoy Manor. Zatrzymał ich tuż przed drzwiami i kazał złapać się za ręce albo tył szaty, tak żeby szli razem, tuż za nim. Świeca umieszczona w ręce Glorii dawała światło jedynie osobie, która ją trzymała, dla innych pozostawiając nieprzeniknione ciemności. Można by powiedzieć, że w tym momencie było mu to nawet na rękę. Uśmiechnął się do własnych myśli.
Wyjrzał na korytarz. Na krótką chwilę jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Ginny Weasley i przemknęło mu przez myśl, że nawet była ładna, choć on nigdy nie lubił rudych dziewczyn. Ładna, wierna, mało naiwna, gotowa na wszystko, drapieżna, a przy tym chyba nadal zbyt gryfońska (pomijając czysto ślizgońskie metody niszczenia wrogów). Ale Diabeł nigdy nie był za ślizgoński, przynajmniej nie tak ślizgoński jak Draco, więc powinni się dogadać. I miał zawsze dobry gust. Może coś z niej jeszcze będzie, pomyślał białowłosy i uśmiechnął się do dziewczyny. Z jej miny wyczytał, że nie odebrała tego zbyt pozytywnie. Trudno, stwierdził. Poradzi sobie bez jej miłości.
Trwało to ułamek sekundy i nim którekolwiek z Gryfiaków zdążyło podjąć choćby małą próbę działania, Draco rzucił w powietrze garść proszku i w okolicy naprawdę zapanowała natychmiastowa ciemność.
— Za mną — powiedział przez ramię.

21:49
Minięcie trójki niezbyt rozgarniętych Gryfonów było dużo łatwiejsze, niż się tego spodziewał. Problemy zaczęły się nieco dalej, gdy w korytarzu prowadzącym wprost na Wieżę Astronomiczną trafili na niewielki patrol Zakonu Feniksa w postaci Lupina, dawnego nauczyciela obrony przed czarną magią, oraz nieznanej Draconowi kobiety przed trzydziestką, o ciemnych oczach i półdługich włosach w niezidentyfikowanym, mysim kolorze. Draco miał dziwne wrażenie, że gdzieś już widział jej twarz. Za ich plecami stali Weasley, Weasley i Longbottom.
W jednej chwili rozgorzała walka.
A miało być tak pięknie, pomyślał, w ostatniej chwili uchylając się przed morderczym zaklęciem posłanym przez Alecto w niewiadomo kogo. Jeśli w jego malfoyowski tyłek, śmierciożerczyni była bardziej szalona, niż przypuszczał. W nagłym zamęcie trudno było rozróżnić poszczególne osoby, śmierciożercy mieszali mu się z Zakonnikami, korytarz wypełniły okrzyki, huk zaklęć i sypiącego się tynku. Draco westchnął w myślach, rzucając Drętwotę w tę nieznaną kobietę o czarnych oczach. Bardzo podobnych do oczu ciotki Bellatrix.

22:02
— Gibbon, na wieżę! — wrzasnął wprost do ucha chudzielca, który próbował skryć się za plecami wielkiego blondyna siekającego zaklęciami na prawo i lewo, w Zakonników i w śmierciożerców zarazem.
Dźgnął mężczyznę różdżką w żebra, a ten spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem, mętnym i bezmyślnym od żądzy krwi. Miał zamiar wyrzucić Gibbona zaklęciem w kierunku schodów, ale nagle pojawiła się znikąd Bellatrix i zrobiła to za niego. Złapawszy chuchro za tył szaty, wypchnęła na schody, poprawiając jeszcze kopniakiem. Draco pomyślał, że to może jednak głupota wysyłać takiego kretyna z tak ważnym zadaniem. Szybko ruszył za śmierciożercą, gdy nagle dwie świetliste smugi, czerwona i fioletowa, poszybowały w jego stronę. Cofnął się instynktownie, a zaklęcia zderzyły się w locie i wybuchły w miejscu, gdzie przed sekundą była jego głowa. W ścianie powstała ogromna wyrwa. Nie miał czasu zastanawiać się, czy on by to przeżył, bo najbliższa zbroja zaklekotała i runęła wprost na niego. Odskoczył w tył. Żelastwo zwaliło się na ziemię i odgrodziło go od schodów, a kolejne zaklęcie lecące w jego stroną dało mu do zrozumienia, że brał czynny udział w bitwie i raczej nie powinien stać w miejscu, bo stawał się doskonałym celem ataku. Ostatecznie stwierdził, że nawet idiota pokroju Gibbona powinien poradzić sobie z wyczarowaniem Mrocznego Znaku.

22:11
Nawet zauważył, kiedy do walki dołączyły inne osoby. Dobrze zbudowany młody mężczyzna z rudymi włosami ściągniętymi w koński ogon mógł być tylko kolejnym Weasleyem. Czarnoskóry Shacklebolt miotał zaklęcia z celnością godną aurora i śmierciożercy musieli zewrzeć szeregi, żeby się przed nim bronić. Ale wielki blondyn (wyglądający niczym prosie w peruce wciśnięte w o wiele za mały dla niego czarny worek) nadal rzucał wokoło morderczymi zaklęciami. Wszyscy, bez względu na poglądy polityczne i przynależność partyjną, musieli mieć się na baczności. W pewnej chwili Draco zauważył w zamęcie McGonagall, ale zaraz zniknęła mu z oczu. Mignęła mu Bellatrix, jak zwykle rechocząca szyderczo, a za nią pobiegła ta nieznana kobieta o ciemnych oczach, którą Draco sklasyfikował jako swoją własną kuzynkę, Nyphadorę Tonks. Na sekundę z kurzu wyłonili się niczym zjawy Harper i Avery dyskretnie ratując Longbottoma przed stratowaniem i natychmiast usuwając się z powrotem w cień, zabierając ze sobą porządnie pokiereszowanego Longbottoma. Draco chyba odetchnął z ulgą, wiedząc już, że jego Armia Pana (ta nazwa bardzo mu się spodobała) czuwała nad wszystkim lepiej niż on sam.

22:27
Na dole schodów Wieży Astronomicznej pojawił się nagle Gibbon i równie szybko padł, trafiony jednym z zaklęć prosiaka w peruce (Bellatrix wrzeszczała na niego: popierdolony Rowle). Draco usunął się z pola rażenia i miał zamiar cisnąć jakimś zaklęciem w Shacklebolta, gdy kątem oka zauważył, że leciało na niego coś czarnego, dużego i włochatego. Cofnął się odruchowo, potknął o coś i runął na plecy na posadzkę, boleśnie zawadzając kręgosłupem o leżące wszędzie odłamki kamiennych ścian. Przeleciała nad nim śmierdząca kupa szmat i futra, bryzgając na niego śliną, krwią i potem. Draco jednym ruchem przewrócił się na brzuch. To był Greyback w półwilczej, półludzkiej postaci. Mimo że do pełni było jeszcze trochę czasu, on korzystał z okazji, żeby wbić w kogoś zęby. Rzucił się na starszego brata Weasleyów. Draco widział, jak zarył pazurami w piersi rudzielca, jak wpił się w jego szyję, krew tworzyła kałużę na kamiennej posadzce. Zrobiło mu się niedobrze. Niewiele myśląc, cisnął Drętwotą w wilkołaka. Zaklęcie trafiło go w kręgosłup i zmiotło z mężczyzny na ścianę, w którą uderzył ogromną siłą i z jękiem upadł pod nią. Draco natychmiast zerwał się na równe nogi. Już miał podbiec i sprawdzić, co z Weasleyem, gdy na końcu korytarza zauważył kogoś, kogo nie powinien tu zobaczyć.

22:40
Draco w biegu oszołomił ciemnowłosego śmierciożercę, który przedostatni wyszedł ze Znikającej Szafy. Siła zaklęcia cisnęła mężczyzną o ścianę i osunął się po niej bezwładnie, nie wydając żadnego dźwięku. Corny spojrzała na Dracona nieco nieprzytomnie. Miała brudną twarz, włosy roztrzepane nawet bardziej niż zwykle, a spódnicę z prawej strony rozdartą od kostki aż do biodra.
— Zamorduję cię — wycharczał przez zaciśnięte zęby. Chwycił dziewczynę za nadgarstek dłoni, w której trzymała różdżkę i gwałtownie pociągnął za róg.
Popchnął ją na ścianę, nieco brutalniej niż zamierzał, nie wypuszczając przy tym nawet na chwilę z stalowego uścisku, którym miażdżył jej nadgarstek. Choć tuż za rogiem, pod samymi schodami Wieży Astronomicznej trwała walka, tutaj było całkiem pusto. Nie dało się jednak zapomnieć o bitwie – wszędzie było pełno dymu, nawet tutaj podłoga zasłana była gruzem i szczątkami zbroi, w ścianach ziały dziury, a same odgłosy walki były tak wyraźne, jakby w tym właśnie miejscu właśnie było jej epicentrum.
— Co tu robisz, do cholery? — syknął wściekle białowłosy. Gdyby wzrok mógł zabijać, Morgenstern umarłaby sto razy w ciągu tej jednej sekundy. — Miałaś nie wytykać nosa z dormitorium!
Dziewczyna jednej chwili otrząsnęła się z otępienia i popatrzyła na niego ze zniecierpliwieniem. Malfoy odniósł nawet wrażenie, że robiła mu nieme wyrzuty o to, że w ostatniej chwili uratował ją przed dostaniem się w łapy śmierciożercy z niezbyt przyjaznymi zamiarami. Corny jednak nie wyglądała na wdzięczną. Szarpnęła się, próbując uwolnić rękę, jednak w końcu poddała się z westchnieniem i tylko patrzyła na niego z pretensją.
— Co tu robisz? — powtórzył, jeszcze bardziej wkurzony.
Posłała mu mordercze spojrzenie.
— Podkładam ładunki wybuchowe, Malfoy — odparła tak spokojnie, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie i nie rozumiała w ogóle jego oburzenia. No jasne, ludzie codziennie wysadzali w powietrze różne rzeczy! — Bądź łaskaw mnie puścić — dodała rozkazującym tonem.
Draco zignorował ostatnie zdanie. Źrenice rozszerzyły mu się ze zdumienia, ciśnienie skoczyło mu gwałtownie w górę i nagle poczuł, że robiło mu się jakoś tak słabo. Zastanowił się, kto tu zwariował: on czy ona.
— Co proszę? — zapytał słabo, próbując otrząsnąć się z szoku. Patrzył na nią, jak na kompletną wariatkę. — Co za pierdolone ładunki? — Złapał ją za ramiona i mocno nią potrząsnął, żeby się nieco obudziła. — Czy ty całkiem oszalałaś? Miałaś zamiar wysadzić w powietrze korytarz pełen ludzi, do jasnej cholery?! — wrzasnął i znów nią potrząsnął.
— Draco, to boli — jęknęła. — Puść mnie.
Zmniejszył uścisk, ale całkowicie jej nie puścił. Obawiał się, że wtedy zaraz uciekłaby  i niczego więcej by się od niej nie dowiedział. Trzymał ją na odległość wyciągniętych ramion i przyglądał się jej z rezerwą, jakby była tykającą bombą zegarową. Nie licząc ogólnego nieładu, wyglądała dość normalnie, jak zawsze lekko roztargniona, zatracona we własnych myślach i nie precyzująca słów.
— Pytam po raz kolejny, co ty tu, do ciężkiej cholery, robisz?!
— Marnuję czas na kłótnię z tobą, idioto! — wrzasnęła poirytowana. Patrzy na mnie, jakby miała do tego prawo, wściekł się w myślach. — Miałam zamiar wysadzić kolejny posąg na szóstym piętrze, kiedy napatoczył mi się ten kretyn i musiałam uciekać. Nic nie poradzę, że łatwiej było mi w górę niż w dół!
Draco wzdrygnął się. Zdał sobie sprawę, że im dalej w las, tym więcej drzew i coraz mniej z tego wszystkiego rozumiał.
— Czekaj. Po cholerę wysadzasz kolejny posąg?!
Otworzyła usta i zaraz je zamknęła. Zakłopotała się, zdając sobie sprawę, że ostatnio niektóre informacje niekoniecznie do niego docierały.
— Pansy przesłała mi wiadomość z Hogsmeade — wyjaśniła dużo spokojniej. — Dumbledore wraca. Musisz iść na wieżę, ja zrobię ci zasłonę — powiedziała.
Draco puścił ją i potarł skronie. Odruchowo spojrzał na zegarek.
— Kiedy się z tobą kontaktowała?
— Kilka minut temu.
— Czyli jak zwykle mamy deficyt czasowy, no oczywiście — wymamrotał ze zrezygnowaniem, a potem westchnął. Spojrzał na Corny z zaciętą miną. — Dobra, idź na dół i rozwal coś, ale potem masz wrócić prosto do dormitorium!
Przewróciła oczami.
— Dobrze, już dobrze — żachnęła się. — Znów mi rozkazujesz.
Przyciągnął ją do siebie i pocałował tak namiętnie, jakby to miał być ostatni raz w jego życiu. Biorąc pod uwagę wszystkie działające w tej chwili czynniki, było nawet to bardzo prawdopodobne.
— Idź już — szepnęła, gdy w końcu się od niej odsunął.
Po raz ostatni musnął jej usta.

22:51
Wrócił w sam środek walki. Miał wrażenie, że znalazł się w innym świecie, a jednocześnie, że w tym miejscu wszystko się zatrzymało na tę krótką chwilę, w której pobiegł za Corny. Przybyło nieco gruzu i dymu, ale poza tym niewiele się zmieniło. Nie można było określić, kto wygrywał, a kto przegrywał. Bitwa była tylko jednym wielkim bałaganem, niczym więcej.
Draco uniknął zderzenia ze swoją kuzynką i zablokował zaklęcie Kingsleya, który biegł z naprzeciwka. Potknął się o urwaną głowę posągu. Rowle nieustannie siekał zaklęciami na prawo i lewo. Draco niehonorowo posłał Drętwotę w plecy Amycusa, który ze śmiechem rzucał kolejne Cruciatusy na Ginny Weasley. Ginny wydawała się tańczyć, gdy próbowała ich uniknąć. Dym był tak gęsty, że trudno było zauważyć cokolwiek dalej niż na kilka kroków. Draco biegł na oślep, gdy nagle poślizgnął się na kałuży krwi. Prawie przewrócił się na starszego Weasleya. Rudzielec leżał dokładnie w tym samym miejscu, w którym chłopak go zostawił chwilę temu. Chwila ta wydawała się być wiecznością. Upadek uchronił Dracona przed zielonym promieniem, który uderzył w ścianę tuż nad nim. Posypały się odłamki. Malfoy zasłonił przed nimi głowę przedramieniem, drugim zasłaniał głowę Weasleya w rycerskim geście, którego sam nie rozumiał. Kolejne zaklęcie trafiło w mur tuż przy uchu białowłosego i ogłuszyło go. Miał wrażenie, że teraz wszystko działo się w zwolnionym tempie – widział śmierciożerców i Zakonników, prących do przodu lub cofających się przed różdżką przeciwnika, różnokolorowe świetlne smugi, śmigające we wszystkie strony, sypiący się ze ścian tynk. Leżał płasko na podłodze, odcięty od wszystkiego przezroczystą, dźwiękoszczelną ścianą, która z wolna zaczęła pękać.
Odgłosy walki z nagła uderzyły w niego, spotęgowane przez inny dźwięk, huk wybuchu, który rozległ się piętro niżej i zatrząsł posadami zamku. Walczący zatrzymali się na sekundę, paradoksalnie wszyscy tak samo zdezorientowani, nawet Rowle przestał ciskać śmiercionośne zaklęcia, gdzie popadło. A potem wszystko ruszyło od nowa.
Draco zerwał się na równe nogi.

23:07
Dobiegał do roztrzaskanej zbroi, która poprzednio zagrodziła mu drogę na wieżę, gdy z dymu wyłoniła się postać Dumbledore’a. Tuż za nim truchtał Potter z różdżką w ręku. Jednocześnie po drugiej stronie korytarza zrobił się jakby większy bałagan i zza zakrętu wyłoniło się więcej śmierciożerców walczących z jeszcze większą ilością Zakonników. Draco zamarł.
Ta historia będzie miała chyba nieco inne zakończenie.


KONIEC TOMU PIERWSZEGO

_______________

Kilka słów na zakończenie. To się chyba posłowie nazywa.
Nie wiem, czy jesteście zaskoczeni. Ja jestem. Ta scena wyrosła mi w głowie nagle, bez ostrzeżenia, całkowicie burząc wszelkie inne wyobrażenia o finale tej części "Serca Smoka". Powstała nagle, bo nagle sam zaczął się pisać drugi tom, a ona musiała się do niego dostosować. 
Co mogę powiedzieć na koniec? Dziękuję tym, którzy wytrwali ze mną do tej chwili i którzy będą czekać, na następną część. Postaram się jak najszybciej dokończyć pierwsze rozdziały i zacząć je publikować jeszcze w tym roku. Pewnie po świętach albo może jeszcze w ich trakcie. Ale zrobię to na pewno. "Serce Smoka" musi mieć prawdziwe zakończenie.
Pozostaje jedynie powiedzieć: do napisania!

EDIT.
Zapomniałam dodać poprzednio. Mam dla Was garść statystyk na koniec.
Tom pierwszy "Serca Smoka", razem z obydwoma prologami, liczy sto dziewięćdziesiąt jeden stron w Worksie (odpowiednik Worda) czcionką Times New Roman 10, przy czym każda kolejny rozdział zaczynany jest od nowej strony (trochę tak jak w książce, że nie ciągnę go na stronie pod poprzednim). Jest to razem, uwaga, 137258 wyrazów (słownie: sto trzydzieści siedem tysięcy dwieście pięćdziesiąt osiem).
Blog miał dwa adresy. Onetowy: serce-smoka.blog.onet.pl i blogspotowy: smoka-serce.blogspot.com. Blogspostowe serce-smoka było już zajęte w chwili przeprowadzki.
Pierwszy prolog opublikowałam siedemnastego maja 2011 na portalu onet.pl. Opublikowałam tam łącznie dwa prologi, dwadzieścia jeden rozdziałów oraz trzy bonusy. Ostatni rozdział na onet.pl został opublikowany trzynastego marca 2012.
Przeprowadzka na blogspot.com miała miejce piątego maja 2012, prawie rok od chwili, gdy "Serce Smoka" po raz pierwszy ujrzało światło dzienne. W sumie na Blogspocie pojawiło się siedem rozdziałów, jedna notka bonusowa oraz jedna informacja wyjaśniająca (sowia poczta).
Łącznie pod tymi dziewięcioma opublikowanymi postami zostawiliście sto dwadzieścia jeden komentarzy (do tej chwili, czyli szesnastego grudnia, 15:40), co średnio daje trzynaście komentarzy na jeden post.
Najczęściej wyświetlanym postem jest pierwsza część prologu - dwieście czterdzieści sześć wyświetleń. Najwięcej komentarzy (po trzydzieści) znajduje się pod rodziałami dwudziestym czwartym i dwudziestym piątym. Najrzadziej wyświetlany był bonus drugi (trzydzieści jeden wyświetleń), a najmniej komentarzy znajudje się pod rozdziałem dwudziestym drugim, jeśli nie licząc pierwszych dwudziestu jeden, pod którymi nie ma żadnych komentarzy (trudno byłoby przekopiować je z Onetu).
Łączna ilość wyświetleń "Serca Smoka" na dzień dzisiejszy liczy ponad dziesieć tysięcy (dokładnie 10961). W zwykłe dni, wyświetlenia wahały się w granicach 20-40, w weekendy od 50-100 i więcej.
Uważam, że mogę liczyć to za sukces. Dziękuję Wam.

Wasza,

sobota, 24 listopada 2012

Rozdział dwudziesty siódmy

Serce Smoka

Gdyby wybory miałyby coś zmienić, to dawno zostałyby zakazane.
Janusz Korwin-Mikke

[ UWAGA! WULGARYZMY]
Tamtego dnia Draco obudził się z myślą, że coś się wydarzy. Nie wiedział co, ani też czy będzie to miało jakieś szczególne znaczenie, ale to uczucie niezbyt mu się podobało. Nie lubił być przecież od czegoś zależny, a ta denerwująca myśl, że coś już było mu przeznaczone…
Nie, tak naprawdę to trzydziestego czerwca roku pańskiego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego Draco Malfoy obudził się około piątej trzydzieści tak samo zniechęcony i tak samo poirytowany, jak poprzedniego dnia oraz każdego innego dnia od początku tego roku szkolnego. Ze znudzeniem wbił wzrok w ciemność i pomyślał, że – do jasnej cholery! – mogłoby się w końcu coś wydarzyć, bo miał już tego stanu nieważkości po dziurki w nosie. Kręcenie się w kółko jak pies za własnym ogonem nie było szczytem jego życiowych planów i zamierzeń. A poza tym, Malfoyowie nie kręcili się w kółko jak psy. Malfoyów w żadnym wypadku nie można porównywać do psów.
Wszystkie świece w dormitorium były zgaszone i panowały w nim egipskie ciemności. Jednak Draco spędził w tym pokoju trochę czasu i drogę do łazienki znał na pamięć, nawet jeśli nie widział czubka własnego nosa. Nie chciało mu się szukać różdżki i natychmiast tego pożałował. Wstając z łóżka niechcący nadepnął na Lucyfera, który uwielbiał spać na kapciach niczym wierny pies – PIES! – a ten miauknął rozdzierająco, najpierw podrapał nogę Dracona od małego palca aż do kolana, a potem wskoczył na łóżko Diabła, który z kolei zleciał na podłogę razem z całą pościelą. Oraz kotem. W ciemności zapanowała ogłuszająca cisza.
— Żyjesz, Diabeł? — zapytał w końcu z niepokojem Draco, zastanawiając się, czy lepiej od razu lecieć ratować kumpla, czy najpierw poszukać własnej różdżki i uniknąć innych nieszczęśliwych wypadków.
Gdzieś z mroku posypały się przekleństwa.
— Na Merlina — wysapał Zabini, najwyraźniej wspinając się z powrotem na materac. Łóżko zatrzeszczało cicho, a Lucyfer znów miauknął, tym razem nieco zduszonym głosem, zapewne przytłumiony poduszką albo prześcieradłem. Blaise ponownie zaklął i kot chyba wylądował na podłodze, bo na kamiennej posadzce zatrzeszczały pazury. Wydawało się, że nie był to zbyt delikatny upadek. — Jeśli chciałeś, żebym już wstał, wystarczyło mną potrząsnąć — rzucił Zabini urażonym tonem. — Ten przeklęty kot rozorał mi całe przedramię.
— Sorry, stary, ale ten TWÓJ kot jest popierdolony gorzej od ciebie. Znów leżał pod MOIM łóżkiem — wyjaśnił Draco z naciskiem, dając do zrozumienia, że to on powinien czuć się tutaj poszkodowany. Po omacku szukał swojej różdżki na nocnym stoliku, przy okazji zrzucając z niego kilka rzeczy.
— Gdyby mi się chciało wstać, to bym ci przyłożył. I nie świeć po oczach!
Malfoy skierował różdżkę w inną stronę.
— Sorry — powtórzył.
Ale Blaise już spał i chrapał głośno. Draco poświecił różdżką wokół siebie, ale szatańskiego kota na szczęście nie było pobliżu. Chłopak zlokalizował go pod szafą, skąd jarzyła się w jego stronę para zielonych, urażonych oczu. I to byłoby na tyle, jeśli chodziło o coś niesamowitego na ten dzień, pomyślał, wchodząc do łazienki i odpalając kilka świec od różdżki. Ciasne pomieszczenie wydawało się być klaustrofobiczne w ich wątłych płomieniach, rzucających drgające cienie na ściany. Właśnie wyczerpałem limit na cały najbliższy tydzień, dodał z przekąsem, odkręcając wodę nad wanną. Wracamy do szarej codzienności.
Chyba że ten kot miał zwiastować coś całkiem innego.
— Miau — doszło do niego zza drzwi.
— Spadaj na drzewo — odparł natychmiast, zanurzając się w ciepłej wodzie, która zmywała z niego resztki snu.
— Miau?
— Odwal się, kocie.
— Miau? Miau!
Draco popatrzył ze złością w stronę drzwi, już otwierając usta, żeby warknąć coś temu bardzo upartemu stworzeniu, ale nagle zrezygnował i trzasnął się dłonią w czoło. Pokręcił głową nad własną głupotą.
— Gadam z kotem — wymamrotał do siebie z niedowierzaniem.
— Miau?
Zjechał niżej po krawędzi wanny, zanurzając się w wodzie po czubek głowy.

PIĄTEK, 27 CZERWIEC
Tik, tak, tik, tak.
Coś się kończy, coś się zaczyna. Nie da się uniknąć nieuniknionego. Nie da się oszukać przeznaczenia, nie wierząc w nie. Czas nie stanie w miejscu, bo my tak chcemy. Czasem trzeba się cofnąć, żeby iść do przodu, a czasem trzeba po prostu nie oglądać się za siebie.
Niektórzy potrzebują psa przewodnika.
Tik, tak, tik, tak.

Sam nie wiedział, jak przetrwał ostatnie zajęcia. Mimo że było już dawno po egzaminach, nauczyciele nadal ich naciskali, przerabiali nowe tematy, z których zaliczenia miały być dopiero w przyszłym roku i zadawali prace domowe za punkty – walka o Puchar Domów jeszcze się nie skończyła. Draco nie pamiętał jednak ani jednej lekcji z tego dnia – zielarstwo najzwyczajniej przespał (wśród kąśliwych uwag Diabła, który twierdził, że mógł wstać jeszcze wcześniej), na opcm udawał, że słuchał i wykonywał polecenia, a na zaklęciach tylko machał różdżką, przy czym raz mało nie podpalił niechcący szaty Flitwicka. Chwilę przed kolacją postanowił jednak wykorzystać na coś pożytecznego i zamknął się w Pokoju Życzeń. Z chwili zrobiła się godzina, z godziny dwie, potem trzy, tak że zapomniał o kolacji, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Słyszał wciąż w swoich myślach irytujące cykanie zegara. Przyprawiało go to o mdłości.
— No — mruknął, patrząc na trzymane w dłoni kolorowe gargulki. Było ich osiem, dwa razy więcej niż poprzednio. — Miejmy nadzieję, że nie wyczerpałem chociaż mojego limitu szczęścia na najbliższy tydzień — stwierdził z przekąsem. — Dzisiejszy wypadek z Lucyferem powinien mi go wyzerować.
Z miną pełną zwątpienia włożył błyszczące kulki do Znikającej Szafy i zamknął ją. Oparł czoło o chłodne drewno, biorąc głęboki wdech. Ze skupieniem, i może trochę z nadzieją, wyszeptał w myślach zaklęcie. Movererei [1]. Trzasnęło cicho. W środku szafki było pusto. Teraz to wóz albo przewóz, Malfoy, pomyślał, przymykając drzwiczki. Retrorei [2], rzucił w myślach. Znów trzasnęło, a gdy otworzył szafkę, na podłogę posypały się kolorowe, szklane kulki. Jedna, druga, piąta, ósma… Poturlały się po kamiennej posadzce i zniknęły między stertami rzeczy niechcianych i zapomnianych. Draco powiódł za nimi wzrokiem pełnym zdumienia, a potem z niedowierzaniem spojrzał na Znikającą Szafę. Otrząsnął się szybko z szoku. Jeszcze jedna próba, pomyślał. Tak, jedno zwycięstwo wygranej wojny nie czyni, jak mawia ojciec. Potrzebował czegoś… żywego. Co z tego, że bez szwanku przemieściły się martwe przedmioty? Z żywymi istotami mogło się coś spieprzyć, a wtedy skończyłoby się dla niego to nie za ciekawie…
Teoretycznie mógłby spróbować przeprowadzić na sobie. I w najlepszym – z tych najgorszych – przypadku skończyć jak Montague. A on stanowczo nie chciał być jak Montague. Potrzebował zatem jakiegoś królika doświadczalnego. Albo kota doświadczalnego, stwierdził nagle, gdy wyszedłszy z Pokoju Życzeń, natrafił wzrokiem na szaroburego kocura, akurat w tym momencie bezpańskiego. Kot jak kot – cztery łapy, głowa, ogon, uszy, wąsy, para żarzących się na zielono ślepi i tylko tak jakby trochę za dużo ostrych pazurów. W sumie, idealny obiekt badań, pomyślał Draco, wyjmując różdżkę.
Wingardium Leviosa.
Sierciuch z cichym miauknięciem zdziwienia uniósł się do góry. Popatrzył na Dracona mrożącym krew w żyłach kocim spojrzeniem. Białowłosy prychnął i przelewitował go do Pokoju Życzeń, starając się trzymać jak najdalej od siebie dwadzieścia sztuk naturalnej kociej broni. Jakoś nie przejął się faktem, że choć bura kupa sierści w tej chwili była nieokreślonego pochodzenia, prawdopodobnie posiadała jednak właściciela. Jeśli eksperyment by się udał, kocisko – może lekko w stanie nieważkości z powodu napromieniowania magią – wróciłoby sobie zygzakiem na własną ścieżkę. Jeśli nie… No cóż, ktoś będzie sobie musiał poszukać nowego pupila. Draco wielce nad tym nie ubolewał.
Niezbyt delikatnie upchnął drące się w niebogłosy stworzenie – doprawy, jakby je ktoś ze skóry obdzierał albo coś – wewnątrz szafki i szybko zatrzasnął drzwiczki. Kocur zaczął miauczeć jeszcze głośniej. Gryfon, stwierdził Malfoy i prawie wrzasnął w myślach Movererei. Natychmiast ucichło. Odetchnął głęboko z ulgą, a potem zachichotał. Zapewnie u Borgina i Burke’a odbywał się właśnie koci koncert. Oczywiście, jeśli kocisko przeżyło transport na Aleję Śmiertelnego Nokturnu. Białowłosy wypowiedział zaklęcie odwrotne. Trzask i cisza. Skrzywił się kwaśno, zawiedziony wynikiem. W sumie, to trzeba było się tego spodziewać. Otworzył drzwiczki i… Ledwo uchylił się przed wyskakującą na niego wściekłą kupą futra i pazurów, która z kocim okrzykiem bojowym przeleciała nad jego głową, spadła na podłogę i pognała labiryntem staroci. Draco popatrzył za nim nieco oszołomionym wzrokiem. W otępieniu spojrzał na Znikającą Szafę, potem na miejsce, w którym zniknął kot i znów na Szafę. Uuuu…udało się? Jeszcze przez moment analizował wszystko w myślach, ale po chwili odchylił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym śmiechem.
UDAŁO SIĘ!
UDAŁO!
Udało, udało, udało!
TAK!
UDAŁO CI SIĘ, MALFOY!
Zaśmiał się jeszcze głośniej. Tak, tak, TAK! Miał wręcz ochotę wykonać dziki taniec radości wokół tej stokroć przeklętej szafki. Udało mu się naprawić to cholerstwo! W końcu to zrobił! Tak, to jemu się to udało, nikomu innemu! Jemu i tylko jemu, Draconowi Azraelowi Malfoyowi. Wydawało mu się, że nie mógł się przestać śmiać.
— Kto tu jest? — rozległo się nagle, chyba gdzieś spod drzwi, i Draconowi śmiech zamarł na ustach. — Kto tu jest? — powtórzył zachrypnięty, kobiecy głos.
Malfoy zamarł na chwilę, sparaliżowany strachem, że ktoś go przyłapał, ale nie trwało to długo. Szybko dotarło do niego, że nikt go nie przyłapał – ktoś po prostu chciał ukryć coś w Pokoju Życzeń i nie spodziewał się zastać tam nikogo innego. I na pewno nie wiedział, że tym kimś był on, Draco Malfoy. Wyciągnął różdżkę i zakradł się do miejsca, z którego dochodził głos. Parę kroków od drzwi stała nauczycielka wróżbiarstwa, Sybill Trelawney, jak zwykle owinięta w tysiąc kolorowych, włochatych szali oraz milion błyszczących sznurów paciorków. Do piersi obronnym gestem przyciskała kilka butelek sherry, której picie – jak głosiła legenda – było jedynym źródłem pojawiania się wizji.
— Kto tu jest? — powtórzyła profesor po raz trzeci, rozglądając się wokoło.
Draco stwierdził, że czas go gonił i należało podjąć drastyczne środki. Szepnął w przestrzeń niesłyszalne dla nikogo przepraszam i machnął różdżką. Raz – za kobietą otworzyły się wrota Pokoju Życzeń, a ona sama obejrzała się z lękiem za siebie. Dwa – stara wariatka poleciała głową w przód na korytarz.
— Jak… ŚMIESZ!… — wrzasnęła jeszcze w locie, a potem krzyknęła z bólu, gdy uderzyła o kamienną posadzkę.
Trzy – drzwi zamknęły się przed jej oszołomionym nosem, ale zanim to się stało, zdążył przez nie wyskoczyć jeszcze szarobury kocur, którego Draco nazwał na potrzeby eksperymentu Sierściuchem Jebniętym [3].
— Może trochę zbyt drastyczne — stwierdził po chwili białowłosy, wkładając różdżkę do wewnętrznej kieszeni szaty. — Trzeba było podejść, ładnie przeprosić i poprosić o opuszczenie terenu na czas przybycia śmierciożerców.
Przewrócił oczami. Taaak, stara oszustka na pewno by go posłuchała. Choć w sumie, mogłaby uznać, że stroił sobie z niej żarty. Kto przy zdrowych zmysłach przyznałby się, że miał zamiar wprowadzić śmierciożerców do Hogwartu? Ale kto powiedział, że Draco był normalny? Wrócił pod Znikającą Szafę i zastanowił się, co dalej. Nie bardzo wiedział, co miał teraz począć. Westchnął.
Z jednej strony, przecież cały czas o to właśnie chodziło – cały rok walczył z tym cholerstwem, żeby wykonać MISJĘ. Tę wielką, wspaniałą misję powierzoną mu przez Pana i Władcę z kredytem zaufania. Z długiem zaciągniętym przez ojca, który on musiał spłacić. Z drugiej, wcale tego nie chciał. Wykona misję, wpuści śmierciożerców do Hogwartu, pójdzie do dyrektorskiej wieży, a potem osobiście zabije Dumbledore’a… I tyle? To miało się tak właśnie skończyć? Czy to naprawdę musiało skończyć się właśnie w ten sposób? Czy to musiało skończyć się tak dla niego?
Nie podobało mu się to, co było dla niego przeznaczone. Wiecznie ten zły, wiecznie ten niedoskonały, wciąż miotający się między jedną a drugą stroną – taki miał zawsze być. No dobrze, wszystko wprawdzie miało swoje plusy. Nie to że jakoś szczególnie nienawidził mugoli, mugolaków czy zdrajców krwi, ale zawsze uważał, że byli nieco gorsi od niego. No i lubił władzę, dreszczyk emocji, myśl, że to on był na samej górze… Hm, właśnie. Ktoś taki jak on raczej nie nadawał się na wiernego sługę Jego Lordowskiej Mości Źródła Wszelkiego Zła. Chociaż tak w sumie, to nie miał zbytniego wyboru…
Z ciężkim westchnieniem usiadł na podłodze i oparł się plecami o Znikającą Szafę. Wyciągnął z kieszeni papierosy. Potrzebował mocnej dawki nikotyny, żeby rozjaśnić umysł i wszystko dokładnie przemyśleć. Jeśli w ogóle było jeszcze coś do przemyślenia.
— Tu jesteś. — Nad nim stanęła Corny. To dziwne, że nie słyszał jej kroków, choć w pomieszczeniu panowała dusząca wręcz cisza. — Szukałam cię. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak ty się tutaj odnajdujesz.
— Kwestia czasu — odparł ze wzruszeniem ramion. Usiadła obok niego. Jej długa suknia rozpostarła się na brudnej podłodze niczym żałobny całun. I znów nie miała gorsetu. — Po co mnie szukałaś? — zapytał.
— Tak w ogóle to nie ja, tylko Daph Greengrass. Swoją drogą, myślałam, że nie rozmawiacie ze sobą.
Uniosła brwi w śmieszny sposób.
— Też tak myślałem — odpowiedział natychmiast.
— No to mamy zagadkę życia. Dobra, ale do puenty — ponagliła sama siebie. — Nie wiem, czy ci to w ogóle do czegoś potrzebne, ale Daph dowiedziała się od swojej siostry, a ta z kolei dowiedziała się od jakiejś Krukonki ze swojego roku, coś na m się nazywała. Matters? Miller? Zresztą, mniejsza. — Machnęła ręką. Brwi Dracona podjeżdżały coraz wyżej w górę, gdy słuchał tego całego łańcuszka. — Ta cała Matters czy Miller, wszystko jedno, słyszała, jak Ginny Weasley tłumaczyła Lunie Lovegood, że ona, znaczy Ginny, oraz Ron Weasley i Neville Longbottom będą trzymali straż pod Pokojem Życzeń, a Luna wraz z Hermione Granger będą pilnowały gabinetu Snape’a.
Draco przez dłuższą chwilę analizował łańcuszek jak z głuchego telefonu, że dopiero po jakimś czasie dotarł do niego główny sens tej całej pokrętnej wypowiedzi. Otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
— Dokładnie — potwierdziła Corny, widząc jego minę pełną niedowierzania. — Najwyraźniej skądś o wszystkim wiedzą i nie mają zamiaru do tego dopuścić. Nie będzie łatwo. Ale to nie koniec rewelacji — dodała szybko. — Pansy szepnęła mi na ucho w pokoju wspólnym, także poszukując zresztą ciebie, że dosłownie przed chwilą dyrektor opuścił Hogwart. Chyba z Potterem, ale nie mam stuprocentowej pewności — dodała, wzruszając ramionami.
Skrzywił się.
— Cors, błagam cię, czasem dozuj takie sensacje — wymamrotał z przekąsem, gasząc niedopałek o kamienną podłogę. Bezceremonialnie rzucił go na jedną ze ścian, między stare rzeczy. — Małymi porcjami, żeby nie doprowadzić do zawału. Albo dziel na dobre i złe, wszystko jedno.
— Przykro mi, słońce, ale jakoś trudno byłoby te podzielić. Mam dla ciebie dwie wiadomości: złą i bardziej złą. Którą chcesz najpierw?
Przewrócił oczami, ale zaraz spoważniał. Nagle drzwi Znikającej Szafy stały się bardzo niewygodne i zaczęły uwierać go w plecy. Od początku wiedział, że czego by nie wybrał i tak będzie to zły wybór. Ale gdyby wybory miały cokolwiek zmieniać, dawno byłyby już zakazane, czyż nie?
— Dobra, wcielamy w życie plan B.
— A to mamy plan B? — zapytał Blaise ze zdziwieniem, pojawiając się nagle nad nimi. Z nonszalancją oparł się ramieniem o bardzo brzydki posąg jeszcze brzydszego czarodzieja, który zachybotał się niebezpiecznie.
— Nie, Diabeł, nie mamy planu B — odparł Draco ze zrezygnowaniem. — Ale zawsze możemy go ułożyć i udawać, że mieliśmy go od początku.
— Aa.
Brunet usiadł pod posągiem i wziął sobie papierosa z poniewierającej się pod nogami paczki. Odpalił go od różdżki i głęboko zaciągnął się dymem. Draco, niewiele myśląc, też zapalił. Kolejnego. Corny zmarszczyła nos i ostentacyjnie zaczęła odganiać od siebie dłonią kłęby szarego dymu.
— To jaki jest ten plan B? — rzucił Zabini, gdy cisza przedłużała się.
— Jak go wymyślę, to ci powiem.
— A jaki był plan A?
— Plan A brzmiał: Nie ma żadnego planu.
— Aha.
Draco spalił papierosa i natychmiast sięgnął po następnego. Jego płuca i tak były już wystarczająco zniszczone. Zresztą, na coś kiedyś trzeba było umrzeć, no nie? Jeśli nie zabije go rak płuc, na pewno zrobi to Voldemort.
— No to jesteśmy w impasie — stwierdziła Corny z westchnieniem rezygnacji, wciąż wachlując się dłonią. — Trzeba szybko coś wymyślić. Zdaje się, Draco, że masz kilka osób, które zbierając dla ciebie informacje. Może dałoby je radę…
— Wykorzystać do nieco innych celów? — podpowiedział jej z dość złośliwym uśmiechem. — W takich chwilach zadziwia mnie, że kiedykolwiek wątpiłem w twoją ślizgonowatość, Cors.
— Mam wiele ukrytych talentów.
— Ekhem, macie zamiar stworzyć tu prywatną armię? — wtrącił Blaise, trafnie rozpracowując ich myśli. — Przepraszam, ale niby po której stronie? Halo, ziemia do Dracona! Wojna ma raczej dwa fronty, nie uważasz?
— Impas numer dwa — wymamrotała Corny.
Draco stwierdził, że to mogło stanowić pewien problem, chyba nawet warty zapalenia kolejnego papierosa. Z przykrością stwierdził, że te mu się kończyły i możliwe, że nie dotrwają do końca obrad.
Obecny plan B był, delikatnie mówiąc, do dupy. A zegar tykał – cyk, cyk, cyk, cyk, cyk, cyk… Jakoś nie bardzo śpieszyło mu się na drugą stronę, nawet jeśli – podobno! – miało być tam lepiej niż tutaj. Wbrew pozorom, dosyć lubił to swoje paskudne, draconowskie życie, w którym nie pozwalano mu nawet myśleć za siebie, a mowa o dokonywaniu wyborów.
— No cóż, zawsze można jeszcze pozostać po środku — stwierdził w końcu, wolno dobierając słowa.
Zarówno Blaise, jak i Corny, spojrzeli na niego z niezrozumieniem, unosząc wysoko brwi. Ślizgoni w ogóle mieli coś z unoszeniem brwi, stwierdził Draco. Prawie każdy był w tym mistrzem, nie mówiąc nawet o tych ich morderczych spojrzeniach. Chyba stąd wziął się stereotyp, że każdy Ślizgon to potencjalny morderca – patrzyli na wszystkich z mordem w oczach, więc trudno się dziwić.
— Nie patrzcie tak na mnie — fuknął Draco, marszcząc brwi dla odmiany.
— Nie da się patrzeć na ciebie inaczej. Ty jesteś kompletnie niezrozumiały i gadasz jak… jak… jak jakaś pieprzona Enigma!
Chłopcy popatrzyli się po sobie.
— Co to jest Enigma? — zapytał Blaise z rezerwą.
Corny spojrzała w sufit z rezygnacją.
— To taka mugolska maszyna szyfrująca. Wykorzystywali ją Niemcy w czasie drugiej wojny światowej. Doprawdy — westchnęła, kręcąc głową — ale czarodzieje powinni znać choć odrobinę mugolskiej historii. Na pewno jest dużo ciekawsza niż jakieś wojny trolli i powstania gobilnów.
— Na dziurawe majtki Merlina, Corny, my tu prawie mamy wojnę, a ty się zajmujesz czarodziejskim systemem edukacji? — jęknął Draco, patrząc na nią jak na wariatkę. — Jeśli jakoś dożyję do następnego lata, to obiecuję, że nauczę się całej mugolskiej historii i wyrecytuję ją całą z pamięci. A teraz bądź łaskawa zająć się wreszcie naszym obecnym problemem, jakim jest Czarny Pan dyszący nam w kark! — zawołał.
— Ty to powinieneś pracować w teatrze, stary — mruknął Diabeł z ogromnym rozbawieniem, za co natychmiast został zgromiony wzrokiem.
— Dobrze, w takim razie plan jest taki — oznajmił Draco, prawie odpalając papierosa od papierosa. Zignorował mamrotanie Corny, która informowała go, że jego płuca wyglądały już pewnie jak okopcony ser szwajcarski. — Skoro Gryfiaki będą pilnować mnie i Snape’a, ktoś musi pilnować ich, żeby się, nie daj Boże, nie ukrzywdzili przypadkiem po drodze. Anioł i Czarna powinni na to pójść, z Daph może być gorzej, bo ona nie lubi się w nic mieszać. Co do starszego Notta, to nie wiem, ale można by jeszcze zwerbować Casa Avery’ego. Z tego co wiem, ojciec już go przeznaczył Czarnemu Panu, a on pewnie chętnie się z tego wywinie.
— Ja stawiam jeszcze na Kathie Selwyn i Anie Gibbon — powiedziała Corny. — Kathie może jest trochę przygłupia, ale wydaje mi się, że stoi po odpowiedniej stronie. Jeśli w ogóle którakolwiek jest odpowiednia — dodała grobowym głosem. — A Anie to naprawdę inteligentna dziewczyna.
— Wygląda na to, że twoja Armia Pana będzie się składała prawie z samych bab, Smoku — zachichotał Zabini, a Draco natychmiast trzepnął go w głowę. — Ej!
— Nie śmiej się z mojej armii — zagroził mu.
— Jeśli potrzebni ci jeszcze jacyś faceci, to ja proponuję Leo Harpera — rzuciła Corny beznamiętnym głosem. — Chodziłam z nim trochę w zeszłym roku i wydał się być bardzo konkretny i nie bardzo przekonany do śmierciożerstwa.
Blaise wytrzeszczył na nią oczy i otworzył usta z wrażenia, a Draco zatknął się dymem. Zakaszlał i otarł łzy, które nabiegły mu do oczu. Popatrzył na nią tak, jakby zrobiła to specjalnie i tylko dybała na jego życie.
— W zeszłym roku chodziłaś z Harperem? — wydyszał w końcu. — Dlaczego ja nic o tym nie wiem?
Przewróciła oczami.
— Morgano, a czy ty musisz o wszystkim wiedzieć? Chyba nie muszę ci się spowiadać z takich rzeczy. Żadnemu z was nie muszę się spowiadać — poprawiła się, gdy Blaise już otwierał usta, żeby coś wtrącić. — To moja prywatna sprawa, z kim się spotykam.
— Ale dlaczego nie wiedziałem, że Z KIMKOLWIEK się spotykasz?!
Popatrzyła na niego spojrzeniem typu: gdyby wzrok mógł zabijać… Zabini zaczął delikatnie trącać białowłosego w ramię w obawie, że to nie wzrok będzie mógł zabijać. Morgenstern wyraźnie pałała rządzą mordu. I chyba nie tylko ona.
— NIE JESTEŚ moim ojcem, Draconie Malfoyu! — krzyknęła, zrywając się na równe nogi. — Ani tym bardziej moim CHŁOPAKIEM! Mam prawo spotykać się z kim tylko mi się podoba i ty NIE MUSISZ o tym wiedzieć!
— O co ty się wściekasz, dziewczyno?! — zdenerwował się Draco. Też wstał i też wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zamordować. Albo chociaż ukrzywdzić, w ten czy w inny sposób. — Oczywiście, że POWINIENEM wiedzieć! Dobrze wiesz, że chłopakom chodzi tylko o jedno!
— Jasne, że wiem — prychnęła wściekle. — W końcu przyjaźnię się z tobą od ładnych paru lat — rzuciła z jadem. Diabeł skulił się za swoim bardzo brzydkim, ale chyba solidnym posągiem bardzo brzydkiego czarodzieja. — Tobie, Malfoy, to akurat chodzi TYLKO o jedno!
Malfoy zazgrzytał zębami, fuknął, prychnął i zaklął paskudnie pod nosem w dość wyszukany sposób, na dodatek w kilku językach. Blaise skurczył się jeszcze bardziej za Brzydkim-Ale-Chyba-Solidnym-Posągiem, prawdopodobnie udając, że jego wcale nie tam było. Jednak gdyby białowłosy przez przypadek na niego spojrzał, zapewne skończyłoby się to na rękoczynach – na twarzy bruneta gościł uśmieszek rozbawienia. I najwyraźniej nikt poza nim nie widział nic śmiesznego w obecnej sytuacji.
— Czyli jak zwykle to wszystko moja wina, tak?! — warknął Draco lodowato, że sam jego ton wystarczyłby na utrzymanie stałej temperatury, gdyby Antarktydę przenieść do Afryki. — To ja jestem ten zły i całe zło świata jest przeze mnie!
— Och tak, jasne! Oczywiście! Znów się nad sobą użalaj, Malfoy! Cały świat spiskuje przeciwko tobie!
— To nie ja wszczynam kłótnie o byle co!
— Ha, o byle co! — Corny wybuchła strasznym śmiechem. — Ty nazywasz to BYLE CZYM? Puknij się w czoło! Nie pozwolę ci, słyszysz? NIE POZWOLĘ, żebyś wyznaczał mi jakiekolwiek zasady! Nie masz do tego prawa!
— Najwyraźniej ktoś musi. Przecież ty jesteś jeszcze jak dziecko!
— TAK?! — wrzasnęła, a w jej oczach błysnęła ślepa furia. — Ty popierdolony hipokryto! Sam się ze mną całowałeś! I co, wtedy nie byłam dzieckiem?!
Dracona na dłuższą chwilę zatknęło. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Szare oczy miał szeroko otwarte – najwyraźniej ów drobny szczegół całkiem wyleciał mu z pamięci. Morgenstern wykorzystała sytuację i, odwróciwszy się na pięcie, z wysoko podniesioną głową wymaszerowała z Pokoju Życzeń. Drzwi huknęły donośnie. Zabini dopiero wtedy wychylił się nieco ze swojego bezpiecznego schronienia za Brzydkim-Ale-Chyba-Solidnym-Posągiem, ocenił sytuację i dopiero wtedy wstał.
— To sobie nagrabiłeś, stary — wymamrotał cicho i skulił się pod mrożącym krew w żyłach spojrzeniem Malfoya.
— Mam zabić siebie czy ją? — zapytał białowłosy, ale było to chyba pytanie retoryczne. Zresztą, sam tego nie wiedział.
Zabini taktycznie jedynie wzruszył ramionami.

Draco na krótką chwilę wrócił do kwater Slytherinu i bez ociągania wcielił w życie opracowany naprędce plan B. wyjątkowo żaden z wtajemniczonych w akcję Ślizgonów nie protestował, jedynie biedny Leo Harper patrzył na Malfoya z niepokojem, w żaden sposób nie mogąc pojąć, czemu ten wyglądał, jakby miał ochotę posłać go do piachu. Na zdumione spojrzenie siódmioroczniaka Zabini wzruszył ramionami z miną mówiącą: kto tam zrozumie Malfoya.
Corny była nieodwołalnie obrażona. Naciskana przez białowłosego Czarna powiedziała tylko, że Morgenstern wpadła do sypialni jak burza z piorunami i od razu zamknęła się w łazience. Nie wystawiła z niej nosa, więc albo ryczała, albo układała plan zniszczenia. Draco nie wiedział, co gorsze. Gdyby miał więcej czasu, odczekałby trochę, a potem poszedł z nią pogadać. Ale czasu miał akurat deficyt i nie bardzo wiedział, co robić. Trochę tak głupio umrzeć niepogodzonym ze swoją najlepszą przyjaciółką, stwierdził z niesmakiem. Zresztą, już sama myśl, że ona siedziała w swoim dormitorium i płakała, była wystarczająco dekoncentrująca. Gdy Diabeł mimo próśb, gróźb i prób przekupstwa stanowczo odmówił podjęcia się roli mediatora, Draco spojrzał na zegarek – cyk, cyk, cyk, cyk – zebrał się w sobie i zapukał do jaskini lwa. Czuł się bardziej jak pieprzona dziewica niż rycerz w lśniącej zbroi. Zresztą, rolę rycerza zawsze przejmowały Gryfiaki. Ślizgon już prędzej dostałby angaż na smoka.
— Zjeżdżaj, Malfoy — rzuciła Corny zza drzwi.
— Możemy pogadać? — zapytał najbardziej spokojnym i uprzejmym tonem, na jaki było go stać. Wcale nie był bardzo złym smokiem.
— Nie.
— Corny, bardzo cię proszę, nie rób scen.
— Spadaj, Malfoy — odwarknęła. — Czas ci leci. Zaraz wpadnie cioteczka Bella z kumplami i ominie cię impreza — zakpiła.
Westchnął. Poskrobał w drzwi jak jakaś pieprzona mysz. Albo, co gorsza, jak jakiś niewyżyty kochanek, którego cholerna pannica złośliwie przetrzymywała pod drzwiami, żeby sprawdzić jego wytrzymałość. No, w każdym bądź razie czuł się dosyć głupio.
— Corny, naprawdę nie mam czasu na głupie kłótnie — rzucił tracąc powoli resztki cierpliwości. — Otwórz te cholerne drzwi albo je wyważę.
— To jest kiepski sposób negocjacji — odparła natychmiast, ale czuł, że chyba zaczynła się poddawać. Chociaż Corny Morgenstern z natury była dosyć uparta, więc mogło to jeszcze trochę zająć. — Wymyśl coś lepszego.
— Nie żartuję — ostrzegł.
— Ja też.
— Jak sobie chcesz — warknął, wyciągając różdżkę.
W tej samej chwili szczęknął zamek i po chwili w wąskiej szparze pojawiła się twarz Corny – bardziej wściekła niż zapłakana. Właściwie to można by było uznać, że rozmazała sobie makijaż, gdy ze złości pocierała twarz. Gdzie zniknęła ta krucha istotka, która nie dalej jak w lutym płakała w łazience Jęczącej Marty, bo pokłóciła się z najlepszą przyjaciółką?
Ta Corny była ostra, gniewna i niezaprzeczalnie wściekła.
— Mów — rzuciła krótko.
Westchnął.
— Mam rozumieć, że nie zaprosisz mnie do środka?
— Cyk, cyk, cyk, cyk, cyk — zabrzmiało to bardziej jak syk jadowitej kobry niż tykanie zegara. Spotęgowane uniesioną brwią.
— Dobra — mruknął zrezygnowany. W sumie to niczym w niego nie rzuciła, więc powinien się raczej cieszyć. — Słuchaj, nie mam zamiaru przepraszać cię za moje słowa, bo wcale nie uważam, że nie mam racji. — Czarna brew podjechała jeszcze wyżej. — Przepraszam, że się wściekłem i na ciebie nakrzyczałem. Mimo wszystko nie powinienem się tak denerwować. Tak, to twoje życie i masz prawo robić, co ci się podoba. Ale ja się po prostu o ciebie martwię, jasne?
— To najdłuższy monolog, jaki od ciebie usłyszałam, Malfoy. I na dodatek wygląda na to, że potrafisz mówić o swoich uczuciach.
— Nie bądź wredna — żachnął się.
— Więc nadal uważasz, że jestem jeszcze dzieckiem? — zmieniła temat.
— Dobra, sorry, przesadziłem — wymamrotał niewyraźnie, jakby samo słowo przepraszam nie przechodziło mu przez gardło. — Wcale nie jesteś dzieckiem. Ale nie podoba mi się to, że spotykasz się ze starszymi chłopakami.
Prychnęła.
— Na cycki Morgany, Draco, on jest tylko rok starszy! Rok, nie dziesięć! Ty spotykałeś się z Poppy Tripe i nikt nie robił z tego problemu.
— Ale z nią nie sypiałem — odparł natychmiast.
— Ja też nie sypiałam z Leo.
To zmienia postać rzeczy, pomyślał Malfoy, próbując zachować niezmienny wyraz twarzy. Trochę głupio by to wyglądało, gdyby jakoś zareagował. W ogóle to cała ta sytuacja była głupia.
— Dobra, sorry, nie będę się już tak wściekał — stwierdził, unosząc dłonie w obronnym geście. — Koniec tematu.
Wzruszyła ramionami.
— Okay, jak chcesz — odparła. — Tylko, do jasnej cholery, nie zachowuj się jak mój ojciec albo jakiś pieprzony starszy brat!
— Ee, spróbuję? — Zrobił minę pełną dobrych chęci. Ale wiadomo że dobrymi chęciami piekło wybrukowane.
Przewróciła oczami. A potem nagle spoważniała.
— A może ty jesteś zazdrosny, co? — zapytała, unosząc brwi.
— Wcale nie jestem zazdrosny — zaprzeczył trochę za szybko i zbyt gorliwie, że jej brwi prawie zniknęły pod włosami. — Merlinie — westchnął z rezygnacją. — Tylko się o ciebie martwię, jasne? Czy ty musisz wszędzie widzieć problemy?
— Naprawdę? — drążyła.
— I znowu zaczynasz — wytknął jej z oburzeniem. — Przyszedłem się z tobą pogodzić, a ty zaczynasz kolejną kłótnię.
— Po prostu pytam.
— Insynuujesz.
— Dobra — przewróciła oczami z lekceważeniem. — Koniec tematu. — Cyk, cyk, cyk — przypomniała mu. — Zdaje się, że czas cię chyba goni, Malfoy.
— Chyba tak. — Z nieznanych przyczyn jej twarz znajdowała się jakby trochę za blisko. Stanowczo za blisko. — Straże rozstawione, śmierciożercy wezwani, Snape powiadomiony pocztą pantoflową, a Dumbledore’a nadal nie ma… — Miała zaróżowione policzki, chyba jeszcze ze złości, i lekko rozchylone usta… — Zdaje się, że powinienem iść — wymamrotał z wargami prawie na jej wargach.
— Mhm — odparła niewyraźnie.
Poczuł dobrze znany smak, doskonale znany dotyk. Od ostatniego razu pamiętał dużo więcej. Owionął go zapach konwalii. Poznałby ją w tłumie ludzi po samym zapachu. Poddała się od razu i poczuł, że nagle mu się osuwa. W ostatniej chwili złapał ją w pasie, zanim upadła na ziemię. Zaśmiał się, z ustami na jej ustach. Oboje oddychali ciężko.
Trochę tak głupio, że przyszedłeś tylko przeprosić i powiedzieć, że mogła spotykać się z kim chciała, a ty zaczynasz ją całować, nie uważasz, Malfoy?
— Ostatnim razem byłaś bardziej wojownicza.
— Spadaj, Malfoy — odparła słabo.
— W tej chwili jest to aż nazbyt wykonalne, a nawet pożądane — mruknął, ale nie odsunął się nawet na pół cala.
— No to idź.
— Idę.
Stwierdził, że musiała mieć jakąś czekoladową szminkę, bo to niemożliwe, żeby wciąż tak smakowała. Słodka, mleczna czekolada. Jej ulubiona. Pieprzyć to wszystko, pomyślał, gdy zarzuciła mu ręce na szyję. Pieprzyć wojnę, Voldemorta i Dumbledore’a. A niech sobie sami walczą.
— Ekhem. Nie chcę przeszkadzać, ale…
— Ale jak zwykle i tak przeszkadzasz, Diabeł — warknął Draco, odsuwając się nieco od lekko oszołomionej dziewczyny, która popatrzyła na bruneta z wyrzutem nad jego ramieniem. — Musisz zawsze włazić w nieodpowiednim momencie?
— Sorry. — Zabini podrapał się w głowę. — Nie przychodziłbym, ale…
— Och, wiem — westchnął Draco. — Zaraz idę. A teraz spadaj z łaski swojej, a prośby mojej.
Brunet wymamrotał coś niewyraźnie z przesadzonym oburzeniem i poszedł sobie, ale Malfoy był pewien, że kumpel uśmiechał się do siebie z tryumfem, gdy schodził po schodach. Czuł w powietrzu jego uśmiech i obiecał sobie, że bardzo poważnie porozmawia na ten temat z przyjacielem. Najlepiej z użyciem słynnej malfoyowskiej siły perswazji.
— Muszę iść — powiedział, całując Corny po raz ostatni.
— Idź — odparła, puszczając go niechętnie.
— Niedługo wrócę — mruknął, czując się jak w kiepskiej telenoweli. A raczej czułby się tak, gdyby wiedział, co to telenowela. — Nie ruszaj się nigdzie, okay? — poprosił, stając stopień niżej. Zabrzmiało to bardziej jak rozkaz. Morgenstern znów miała zaróżowione policzki, ale teraz z powodu nieco innych emocji. — Nie wychylaj się za bardzo.
— Spadaj, Malfoy, zanim znajdę różdżkę — prychnęła, a jej w oczach na nowo błysnęła złość. — Będę łaziła, gdzie mi się podoba, nawet bez twojego pozwolenia. Zwłaszcza bez twojego pozwolenia — dodała, unosząc głowę.
— Jeśli nie obiecasz mi, że spędzisz tę cholerną bitwę tutaj, przyrzekam, że przywiążę cię do łóżka — zagroził lodowatym tonem.
Posłała mu filuterne spojrzenie.
— Kusząca propozycja, ale chyba nie masz na to czasu, panie Malfoy.
Westchnął zrezygnowany i spojrzał w sufit, a potem posłał jej spojrzenie, w którym rozdrażnienie z mieszało się rozbawieniem. Nie mógł zdecydować, czy ją zabić, czy może jeszcze nie. Dawno temu doszedł do wniosku, że pozbycie się jej raz na zawsze zakończyłoby znaczną część jego problemów.
— Jesteś niemożliwa.
— Też cię kocham — odparła niezrażona, szczerząc zęby.
— Jeśli zobaczę cię tam na górze, to źle się dla ciebie skończy — ostrzegł ją. — Mówię całkiem poważnie.
— Och, idź już — westchnęła z rozdrażnieniem. — Cyk, cyk, cyk, pamiętasz?
Jakby w odpowiedzi, gdzieś z dołu wrzasnął Diabeł, żeby ruszył wreszcie ten swój cholerny malfoyowski tyłek, nim ich wszystkich pozabijają. Dodając jeszcze, że całowanie się może poczekać. Draco przewrócił oczami.
— No idę! — odkrzyknął. — Co się tak denerwujesz jak kobieta w ciąży? — dodał nieco ciszej, tak że kumpel nie mógł go usłyszeć.
— Mężczyzna idzie na wojnę, a kobieta żegna go w progu, co? — zachichotała Corny, ale jej oczy były poważne. — Brakuje tylko sporej gromadki drących się w niebogłosy dzieciaków, żeby obrazek był kompletny.
Pokręcił głową. Pokonał dzielącą ich odległość i pocałował ją namiętnie, a potem bez słowa zbiegł ze schodów i dołączył do znerwicowanego Zabiniego, który nerwowo przytupywał w miejscu. Draco przewrócił oczami, wypychając kumpla z pokoju wspólnego, zanim ten zdążył cokolwiek powiedzieć.
Cyk, cyk, cyk.
Była dwudziesta czterdzieści dwie.

_______________

[1] Movererei - (łac. movere - przenieść, rei - rzecz) zaklęcie przejścia lub, jak kto woli, przeniesienia, wymyślone przeze mnie.
[2] Retrorei - (łac. retro - z powrotem, rei - rzecz) zaklęcie przywołania, też wymyślone przeze mnie. 
[3] Nie wiem, czy znacie tę historię. Niektórzy z Was może pamiętają czasy, jak to na TVP1 leciał taki program Od przedszkola do Opola, że dzieci śpiewały różne piosenki. I kiedyś prowadzący zapytał jedną z uczestniczek, taką małą dziewczynkę, czy ma jakieś zwierzątko. Powiedziała, że ma kotka. Facet zapytał, jak kotek na imię ma, a ona nic. No to facet dopytuje: A jak tatuś woła na kotka? A na to dzieciak rezolutnie: sierściuch jebany. Zawsze mi się to przypomina, jeśli chodzi o wymyślanie imion dla kotów.
 
Po długiej nieobecności i równie długim obiecywaniu powrotu, córa marnotrawna zawitała w te progi. I nawet skleciła coś w miarę sensownego. Przynajmniej mam nadzieję, że moje wypociny mają jako taki sens, bo pisane są w jeden wieczór. Zamiast chemii. 
Jak widać, zamiast madame Rosmerty mamy Daph Greengrass, która słyszała od Astorii, która z kolei słyszała od kogoś tam. No i Pansy Parkinson, która zawsze wszystko wie. Już jakoś tak mam, że kanon u mnie leży i kwiczy, umierając w straszliwych mękach. Ale wykreśliłam wszystkie te nieudane akcje - nadal nie wiem, kogo nimi obarczyć - i musiałam więc wykreślić Rosmertę. 
W ogóle to miała być bitwa, ale jak zwykle przeciągam. Jakoś tak nie mogłam wrócić i od razu z grubej rury. Poza tym, pisałam z improwizorki i samo mi jakoś tak szło. Zwłaszcza ta kłótnia. Za cholerę nie miało jej tam być. W ogóle to zakończenie miało wyglądać inaczej. Ta scena w drzwiach miała wyglądać inaczej. Ale wyszło jak wyszło. Zbyt cukierkowo, zbyt brrrr… zmierzchowo. Idę popełnić harakiri. No ale nie wiem, czy Wam się podoba, czy nie, ale ja osobiście lubię ten rozdział, choć jest zbytnio przegadany - zresztą jak każdy. 
Nie macie nawet pojęcia, jak trudno jest przestawić się z znowu na tory serca-Smoka. To opowiadanie jest ciężkie i trudne. Dzieci Slytherinu pisze się sto razy łatwiej, może dlatego że nie ma tam trudnych wyborów i niejasnych sytuacji - bez Voldemorta świat jest dużo prostszy. 
Mój brat rodzony wyrodny ucieszyłby się z cytatu. Pan Korwin-Mikke to jego życiowe guru, mistrz, jedyny mędrzec.

PS. Zapraszam także wszystkich gorąco na Dzieci Slytherinu, gdzie wczoraj również pojawił się kolejny rozdział.

EDIT. Możliwe, że znaczna część z Was już tego nie doczyta, ale postanowiłam dopisać jeszcze pod ten rozdział. Od dziś NIE POWIADAMIAM O NOWYCH ROZDZIAŁACH, czyli jak w ramce na lewo. Naprawdę nie mam na to czasu. Jeśli Wy też nie macie, nie musicie powiadamiać także mnie. Mam Was wszystkich w obserwowanych i na bieżąco pilnuję, gdzie pojawiają się nowe notki. Amen.

Wasza,