Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hymn II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hymn II. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

Rozdział ósmy

Resident Evil

[UWAGA! WULGARYZMY]
Wystrój domu naprawdę mu się podobał. Choć był taki niemalfoyowski, a do tego taki… no, nowoczesny. Co też ta Pansy znowu wymyśliła, westchnął ciężko w myślach. Jedynie ona mogła wpaść na tak idiotycznie szalony pomysł i urządzić po mugolsku mieszkanie Malfoya. W ogóle urządzić tak jakiekolwiek czarodziejskie mieszkanie. Nawet wstawiła tu tele-fun i tele-wizję, choć Draco nawet nie wiedział, jak tego używać. Oraz po co, skoro żaden z jego znajomych nie posiadał tele-funu, a mugolskiej popularnej sztuki Draco po prostu nie znosił. No ale niezaprzeczalnie zakochał się w tym miejscu i jeśli trzeba, będzie o nie walczył. A potem cichutko przemebluje je na nowo, gdy tylko Luciusowi Malfoyowi przyjdzie na myśl znów używać budynku. Draco jakoś kochał ten dom mniej od własnej skóry.
Zaraz po wyjściu dziewczyny, w domu przy Upper Brook Street pojawił się jak zawsze wierny Paskuda, który dosłownie zakwiczał na widok tego, co zdziałała podczas jego krótkiej – jak zdołał wydusić z siebie między kolejnymi spazmami, w trakcie których przepraszał za to Dracona na kolanach – nieobecności. Draco przez chwilę zastanawiał się, czy nie podać skrzatowi czegoś na uspokojenie, ale wreszcie stworzenie jakoś wzięło się w garść. Choć weszło do kuchni jak na pole minowe i przez jakiś czas stało niepewnie w jej progu, nie wiedząc, od czego się zabrać. Po jakimś czasie Paskuda wyznał chłopakowi, że dobrze, że nie powiedział o przyjęciu innym skrzacim służącym w Malfoy Manor, bo oni na pewno wypapaliby wszystko Luciusowi, chcący czy zupełnie przypadkiem. Sam Paskuda natomiast przyznał, że on z kolei mógł kłamać, bo z miłości do panicza gotów był zrobić wszystko – kochał go nawet bardziej niż bał się starego pana, a to było już coś. Draco poczuł się wzruszony. Chociaż nie, on nigdy nie czuł się wzruszony, ale skrzat nie wyglądał na przejętego jego brakiem reakcji. Najwyraźniej już się przyzwyczaił. Natychmiast zabrał się za obeznanie z nowym wystrojem wnętrz i biadoleniem nad bezguściem nieszczęsnej panienki Parkinson. Bardzo przejęty wyznał chłopakowi, że na pewno rodzice nie poświęcali panience wystarczająco czasu i to był tego efekt. Draco nie przyznał się, że jemu to wszystko nawet się podobało. Oczywiście pomijając fakt, że ojciec obedrze go za to żywcem ze skóry.
Po ustaleniu, że skrzat jednak jakoś poradzi sobie z obsługą unowocześnionej kuchni – dzięki ci Merlinie, że przynajmniej tutaj Pansy nie wstawiła mugolskich wynalazków – chłopak zostawił Paskudę samego z przyrządzaniem rzeczy z listy pozostawionej przez Pansy na lśniącym blacie stołu i udał się do salonu, zafiukać do przyjaciela. W kuchni na niewiele się zdał. Tak naprawdę nigdy nie zrobił sobie sam nawet głupiej kanapki i tylko przeszkadzałby skrzatowi, który zakasał rękawy – przysłowiowe, oczywiście, poszewka na poduszkę, która służyła mu za odzienie, nie miała rękawów – i od razu zabrał się do roboty.
Draco ucieszył się, że Parkinson chociaż nie pozbyła się kominka. Wysyłanie sowy było nieco kłopotliwe, zanim doleciałaby do adresata, minęłoby trochę czasu, a do tego trzeba doliczyć jeszcze czas reakcji i tym podobne głupoty, co mocno spowalniało proces. Tymczasem Blaise wyskoczył z kominka dosłownie od razu na błyszczącą posadzkę w salonie i natychmiast zagwizdał z podziwu.
— O kurwa — wyrwało mu się.
Draco, który od samego początku myślał dokładnie o tym samym, opadł na swój ulubiony fotel – co z tego, że miał go od dwudziestu minut – i zatopił się w nim jednocześnie z przyjemnością i konsternacją.
— Dokładnie — wymamrotał.
Zabini z zaciekawieniem rozglądał się po pomieszczeniu. Pewnie widział coś takiego pierwszy raz w życiu. Nie on jeden zresztą. Czystokrwiści czarodzieje byli wychowywani jeśli nie w nienawiści, to już z pewnością w totalnej ignorancji dla mugolskiego życia i dotyczyło to zarówno osób arystokratycznego pochodzenia, jak dla przykładu Draco, Blaise czy Pansy (tak przynajmniej wszyscy do tej pory myśleli), ale również przeciętnych szaraczków typu Weasley Family Big company. Oznaczało to, że jeśli nie znali oni bliżej nikogo pochodzenia mugolskiego, czyli po prostu nie przyjaźnili się z mugolakiem lub jakiś nie wżenił się w ich rodzinę, nie mieli bladego pojęcia o świecie pozamagicznym. Tak przynajmniej głosiła teoria, wyglądało jednak, że Parkinson ostatnio wzięła kilka lekcji mugoloznawstwa od swojej współlokatorki z hogwarckiego dormitorium. Draco jak na razie po prostu nie widział innego wyjaśnienia.
— Stary, ja zamelduję się u ciebie na stałe — stwierdził Diabeł z bardzo szerokim uśmiechem, gdy wrócił z wycieczki po całym domu. Z tacą pełną kanapek, którą najwyraźniej siłą wcisnął mu Paskuda, a on nie miał serca odmówić. Draco poczuł nagle, że jest bardzo głodny. — Tu jest po prostu niesamowicie! Widziałeś, co ona ci wstawiła do kilku pokoi? Jak się naciśnie guzik, to pojawiają się kolorowe obrazki — opowiadał podekscytowany. — Gadające, kumasz? GA-DA-JĄ-CE. Wciskasz guzik i nagle masz inny obrazek. Prawie nagie laski na ekranie. Obłęd!
Draco przewrócił oczami
— Zdaje się, że nigdy nie słuchałeś zbyt uważnie naszej Corny, Diable. To jest tele-wizja. Takie pudełko, które przekazuje obraz z miejsca oddalonego nawet o tysiące mil od ciebie. Jak… czy ja wiem, projekcja. Pansy wcisnęła tu mugolskie wynalazki, które chodzą na e-le-ktry-czność. Nie mam zielonego pojęcia, jak one w ogóle tutaj działają. Pełno tu jest magii, powinny się od tego zepsuć.
— Aaa…
Diabeł zastanowił się, nie przestając zasuwać kanapek, jakby nie jadł od co najmniej tygodnia. Draco uchronił kilka dla siebie, podczas gdy Paskuda przyniósł im dzbanek z gorącą kawą i jeszcze ciepłe ciasto z rodzynkami.
— Jesteś pewien, że nie masz tu tej całej e-fe-kty-mości? — zapytał Blaise.
— E-le-ktry-czności poprawił go automatycznie białowłosy i znów przewrócił oczami. — Do tej pory jakoś tu jej nie było i szczerze wątpię, czy Pansy udało się to w cudownie zmienić. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że trzeba do tego chyba jakieś rury podprowadzić, jak do wody, czy coś w ten deseń. — Wzruszył ramionami. — A skoro ten budynek jest niewidzialny dla mugoli, byłoby raczej trudno to zrobić, no nie? Mało prawdopodobne, żeby jakiś czarodziej to potrafił.
— Aaa… — powtórzył Zabini niezbyt inteligentnie. — Ale i tak bajer — stwierdził w końcu niefrasobliwie.
Draco parsknął cicho, ale zaraz potem zmarkotniał. Wciąż wisiał nad nim cień groźby i odrobinę trudno było go tak po prostu zignorować. Gdyby nie chodziło o zmianę na taką skalę, może machnąłby na to ręką i powiedział, że trudno, jakoś to przeżyje, ale przemeblowanie całego domu? Nie mógł powstrzymać jęku.
— Ojciec mnie za to zabije.
— E tam, martwisz się na zapas. — Blaise w ogóle się nie przejął jego obawami, najwyraźniej nie widząc w tym wszystkim nic niestosownego. — Zobaczysz, ludzie wprost padną z wrażenia, gdy tu wejdą.
— Nie wątpię…
Miał jedynie nadzieję, że żaden z gości nie doniesie na niego do Mrocznego, zwłaszcza że wśród nich będą pewnie prawie wyłącznie młodzi śmierciożercy lub śmierciożercy in spe oraz dzieci obecnych, starych śmierciożerców. To pokręcone życie nie dawało mu po prostu możliwości przyjaźnić się z kimkolwiek innym. Jeśli zatem Pansy chciała się go pozbyć, mogła zrobić to w bardziej honorowy sposób – jakaś trucizna dolana do wina, sprytne morderstwo upozorowane na samobójstwo, zaszlachtowanie w ciemnej uliczce… Przynamniej umarłby od razu. I bez ciągnącej się za nim przez następne tysiąc lat etykietki zdrajcy krwi, wielbiącego mugoli. Tacy zaś zwykle konali w mękach. Zapewne urocza cioteczka Bella osobiście się postara, żeby nie zdechł zbyt szybko i łatwo. Ojciec zresztą też, przecież to była plama na jego malfoyowskim honorze.
Draco nie mógł nic na to poradzić, że ostatnio jego myśli nieustannie zaprzątał problem własnej śmierci. Może Corny miała rację, twierdząc, że wszędzie widział teorie spiskowe. Stał się paranoikiem zupełnie jak Snape. Co śmierciożerstwo robi z ludźmi, westchnął w duchu. Może nigdy nie był beztroskim dzieciakiem, któremu w głowie jedynie imprezy i dziewczyny – przy tym nie zaprzeczając, że do tej pory jego głównym zmartwieniem były imprezy i dziewczyny – ale nigdy nie myślał tyle o śmierci, co teraz. To się stawało obsesją. Albo raczej chorym hobby – wymyślał tysiące sposobów, w jakie mógł zginąć i zaczynało mu to sprawiać niezłą radochę. Chyba powinienem zgłosić się z tym do psychoanalityka, sarknął w myślach. Tylko kto pomoże potem psychoanalitykowi?
Jego przyjaciel nie miał takiego problemu, to widać było gołym okiem. Nie musiał się też bać, że za rok, czy też dopiero za kilka lat, Mroczny zażąda od niego wstąpienia do Armii Zła – wilkołaków omijała ta wątpliwa przyjemność z racji tego, że znaczna część czarodziejów nie uważała ich za w pełni ludzi. Na świecie było zresztą niewiele rzeczy, które mąciły zwyczajowy spokój Blaise’a Zabiniego – lista obejmowała prawie wyłącznie kochanków i mężów jego szanownej rodzicielki, a na jej smętnym końcu widniała zapewne Pansy Parkinson. Diabeł, który zupełnie jak przesadnie przyjacielska Corny, zwykł lubić wszystkich ludzi na świecie i nie przejmował się różnicami klasowymi, od jakiego czasu przepadał za Czarną i wcale się z tym nie krył. Było to lekko podejrzane, choć sam zainteresowany twierdził, że po prostu dziewczyna drażniła go swoją gadatliwością, wścibstwem, plotkarskim usposobieniem (tym to akurat nie tylko jego) oraz faktem, że przespała się z połową męskiej populacji Hogwartu. Gdyby nie fakt, że Zabini chyba nadal durzył się w pewnej rudej cholerze z Gryfolandu – której białowłosy nie będzie wymieniać z nazwiska, bo słowo Weasley wciąż nie bardzo przechodziło mu przez gardło – Draco pewnie wysunąłby dość śmiałą tezę, że jego kumpel prezentował wręcz książkowy przykład zazdrości o dziewczynę, która skradła jego serce. Czy jak to się tam zwało. Albo i by nie wysunął, w trosce o swój nos i zęby, które nie wyszłyby bez szwanku po spotkaniu z diabłową pięścią. Malfoy odnosił wrażenie, że brunetowi nie bardzo przypadłoby do gustu oskarżenie go o podkochiwanie się w pannie Parkinson. Już chyba wolałby, żeby cała szkoła dowiedziała się o jego krótkotrwałym związku z narzeczoną Złotego Chłopca. Dracona zastanawiało, czy zdążył się z nią przespać, ale po krótkim namyśle stwierdził, że chyba jednak nie chciał tego wiedzieć. Co jak co, ale podboje łóżkowe jego przyjaciela, również podboje łóżkowe kogokolwiek innego, nie były jego ulubionym tematem do rozmyślań.
Draco czasem cieszył się z faktu, nikt nie znał jego myśli. Bo to nieco kłopotliwe, gdy było się takim sarkastycznym dupkiem jak on, a co do tego, że był sarkastycznym dupskiem, nie żadnych miał złudzeń. W końcu odziedziczył to po tatusiu, Merlinie świeć nad jego duszą, gdy wreszcie zdechnie. Draco wolał sobie nawet nie wyobrażać reakcji przyjaciela na te wszystkie jego rozmyślania, gdyby ten w jakiś sposób zdobył do nich dostęp. Pewnie nie tylko jego nos i zęby by na tym ucierpiały.
Dla zabicia czasu zaczęli grać w karty, popijając Ognistą, gdy w nagle Blaise stwierdził, że było po prostu za cicho. Udali się więc na trzecie piętro i skrupulatnie przegrzebali każde z wypełnionych po sufit starymi meblami pomieszczeń. Trochę czasu im to zajęło, a przy tym Draconowi spadł na nogę potężny, siedmioramienny świecznik z brązu, zaś Zabini nabił sobie guza o VIII-wieczny stół, pod który wlazł w poszukiwaniu gramofonu. W końcu dokopali się do starego sprzętu grającego i kolekcji płyt mugolskich zespołów, które dawno temu matka Dracona przyniosła do Malfoy Manor, jako pamiątkę po swoim w tamtym czasie siedzącym w Azkabanie, a obecnie podobno bardzo martwym kuzynie, ukośnik kochanku. Pokryci kurzem, niemiłosiernie zasapani i do tego kontuzjowani, przez co Draco klął głośno na czym świat stał, a Blaise zażądał z kuchni woreczka z lodem, ale mimo wszystko zadowoleni, przywlekli skarby do salonu na parterze. Paskuda z przestrachem zajrzał do pomieszczenia, dzierżąc w chudych dłoniach wałek do ciasta, gdy z gramofonu popłynęły piosenki Pink Floyd z jednej z winylowych płyt. Okładki pozostałych głosiły: Kiss, Led Zeppelin, Slade, Queen, AD/DC, Jimi Hendrix, John Lennon, Scorpions [1]. Draco przyjrzał się im z zaciekawieniem, po czym stwierdził, że nastoletni Syriusz Black miał specyficzny gust muzyczny, nie dość że mugolski, to na dodatek bardzo… Po namyśle doszedł do wniosku, że najbardziej pasowało tu określenie: głośny. Jednak wyglądało na to, że Diabłowi przypadł on do gustu. Rozłożył się bardzo swobodnie na kanapie ze szklaneczką bursztynowego płynu w dłoni i przymknął oczy z wyrazem błogiego zadowolenia na twarzy. Malfoy wzruszył ramionami do Paskudy, który sterczał w progu, co miało wyrażać, że zawsze mogło być gorzej – w porównaniu z Fatalnymi Jędzami, był to miód na serce. Albo raczej na uszy. Mugolskie zamiłowania jego znajomych przestały już go dziwić. Zresztą, byłby hipokrytą, gdyby je krytykował, w końcu Pansy miała rację, sam ubierał się przecież prawie na mugolsko.
Spędzili tak czas do wieczora, grając w karty, pijąc i zmieniając płyty, których było około trzydziestu. Draco bardzo starał się nie pić za dużo, żeby móc wrócić po zmierzchu na Śmiertelny Nokturn w celach wiadomych. Jednak najwyraźniej jego przyjaciel nie miał podobnych zamierzeń, bo jeszcze zanim zaszło słońce, zasnął pod niskim stolikiem kawowym przyciskając do piersi na wpół opróżnioną butelkę Ognistej Whiskey i uroczo śliniąc się na dywan. Draco zachichotał. Widok był to co najmniej komiczny, aż chciało się zrobić zdjęcie i wywiesić na tablicy ogłoszeń w pokoju wspólnym. Gdyby był to ktoś inny, Malfoy prawdopodobnie zrobiłby coś takiego bez żadnych skrupułów, ale tym razem chodziło o Diabła i dlatego Draco wezwał skrzata i kazał mu przetransportować bruneta do sypialni na piętrze oraz dostarczyć jemu samemu śmierciożerskiego płaszcz z Malfoy Manor. Rozsiadł się wygodniej na fotelu, nieelegancko położył nogi na stoliku i czekał, aż na zewnątrz zrobi się w końcu zupełnie ciemno.
Nokturn w nocy ożywał. Z twarzą skrytą pod kapturem, Draco szedł Aleją bez strachu, ale czujny, z uwagą rozglądając się na boki i rejestrując każdy ruch, każdy podejrzany dźwięk. Z Tawerny pod Wesołym Wisielcem wytoczyło się wprost na niego trzech pijanych w sztok mężczyzn, śpiewających ochrypłymi głosami o Mary, która każdemu dawała w ogrodzie za domem. Stojące na progu Różanego Krzaku prostytutki w skąpych sukienkach odkrywających piersi i uda kusiły przechodniów, obiecując niezwykłe rozkosze, oczywiście za drobną opłatą. Jakiś obdartus poprosił bełkotliwie o sykla na wino. Draco kazał mu iść do diabła, na co ten odpowiedział wiązanką przekleństw i oddalił się w ciemność chwiejnym krokiem. Trochę dalej dwóch śmierciożerców zaciągnęło jakiegoś faceta w ciemną uliczkę i przystawiło mu różdżkę do gardła. Malfoy chciał przyjrzeć się temu uważniej, ale jego uwagę odciągnął handlarz podejrzanymi substancjami, który pociągnął chłopaka za rękaw płaszcza i zaoferował mu szeroki wachlarz trucizn, prawie niewykrywalnych przez ministerialne urzędy, a także spory zakres zakazanych eliksirów miłosnych, tak dla kontrastu. Gdy Draconowi w końcu udało się go spławić, śmierciożercy gdzieś się ulotnili, pozostawiając w zaułku nieruchome ciało. Nie było już sensu podchodzić bliżej. Białowłosy w pośpiechu minął dwie stojące bardzo blisko siebie i pochylone do siebie postaci w długich płaszczach, które rozmawiały przyciszonymi głosami, zapewne o jakimś podejrzanym interesie i zamilkły, gdy tylko się do nich zbliżył, odwracając w jego stronę twarze, równie zakapturzone co jego własna. Zakręcił się w uliczkach wokół Różanego Krzaku i sklepu Borgina i Burke’a, patrząc uważnie pod nogi i szukając w świetle różdżki błysku szkła między brukiem. Gdy już stracił nadzieję, ktoś podszedł go od tyłu.
Zarejestrował to bardziej instynktownie niż zmysłowo, bo ktokolwiek chciał go zaskoczyć, poruszał się bardzo cicho. Jednak w mroku nocy nawet szept wydał się być krzykiem. Doskonały słuch Dracona wyłapał odgłos kroków nieznajomego, szelest długiego płaszcza, a kątem oka chłopak dostrzegł ciemniejszy cień, gdy ten ktoś się zbliżył i stanął za białowłosym. Mięśnie Dracona prawie automatycznie się napięły, jednak chłopak starał się sprawiać wrażenie, jakby niczego nie zauważył. Wciąż pochylał się pod ścianą jednego z budynków, przyświecając sobie różdżką i wolno przesuwając się głębiej w zaułek. Nieznajomy stał przez chwilę nieruchomo w najciemniejszym miejscu, a potem nagle skoczył.
Pierwszy zareagował instynkt. Draco dostrzegł ruch kątem oka i sam poruszył się błyskawicznie – odwrócił i uderzył, mając zamiar trafić w żołądek. Ale postaci już tam nie było i jego dłoń trafiła w pustkę. Zdezorientowany, zachwiał się, gdy nie natrafił oporu, ale szybko złapał równowagę i rozejrzał się czujnie. Nie pomogło, bo nim się zorientował, ktoś podciął mu nogi. Chłopak zaklął głośno, czując, że zaraz wywinie bardzo efektownego orła i automatycznie chwycił się tego, co akurat miał pod ręką, czyli w tym przypadku czarnego płaszcza. Chwilę później dość boleśnie wylądował na twardym bruku, a prosto niego z cichym, kobiecym piskiem spadł nieznajomy, uderzając dłońmi w klatkę piersiową białowłosego, przez co ten stracił na chwilę oddech. Umysł Malfoya nie przestał jednak działać i chłopak stwierdził, że nie tylko ten pisk wydawał się jakoś podejrzany. Tajemniczy osobnik był po prostu zbyt drobny jak na faceta. Draco zazgrzytał zębami.
— Zamorduję cię — wycharczał.
Błysnęło i w blasku różdżki ukazała się twarz Corny. Dziewczyna patrzyła na niego przepraszająco z lekkim zakłopotaniem.
— Cześć? — mruknęła niepewnie, posyłając mu blady uśmiech.
— Zamorduję cię — powtórzył bardzo uprzejmie.
Wydostał się spod niej i stanął na równe nogi, wcale nie delikatnie pociągając ją za sobą. Miał ochotę na wrzasnąć na tę wariatkę, ale nie chciał zwracać na siebie zbytniej uwagi. Krzyki od razu przyciągnęłyby gapiów. Warknąwszy cicho, mocno pchnął dziewczynę na najbliższą ścianę, na co ona pisnęła boleśnie i spróbowała mu się wyrwać, ale trzymał jej ramiona w żelaznym uścisku. Szamotali się przez chwilę w prawie zupełnej ciszy, aż w końcu Corny skapitulowała i przestała walczyć. Nie oznaczało to, że poddała się całkowicie, o czym świadczył ten oskarżający wzrok, którym obdarzyła chłopaka. Miała na sobie długi, czarny płaszcz z kapturem, który zapewne spadł jej z głowy, gdy przewracali się na ziemię, jej włosy były jak zwykle w ogromnym nieładzie, a błyszczące w świetle różdżki oczy ciskały gromy.
— Możesz mnie puścić? — zapytała, unosząc brwi i tym samym przerywając przedłużającą się ciszę. — Czy ty naprawdę musisz zawsze ciskać mną jak szmacianą lalką? — dodała z wyrzutem.
Ton jej głosu i spojrzenie mówiły wyraźnie, że to on był wszystkiemu winny i powinien się wstydzić, że tak traktował niewinną dziewczynę. Draco poczuł, że zaraz wyjdzie z siebie i normalnie stanie obok. Dziwne, że z nosa nie buchnęły mu kłęby dymu, bo temperatura jego mózgu przekroczyła chyba tysiąc stopni, a czerwona mgiełka przysłoniła mu pole widzenia. Po prostu nie mógł pojąć, co takiego zrobił w życiu, że przypadła mu w udziale totalna wariatka z samobójczymi zapędami. W poprzednim wcieleniu był mordercą? Cholera jasna, znowu?
— Co ty tu robisz, do kurwy nędzy?! — wycedził przez zaciśnięte zęby, całkiem ignorując oburzone protesty Morgenstern, która znów próbowała wyswobodzić się z jego stalowego uścisku.
— Zwiedzam — sarknęła bezczelnym tonem, po czym z całej siły kopnęła go w kostkę. Nie zareagował. Westchnęła z bezsilnością. — Możesz mnie w końcu puścić, co? Będę miała siniaki. Jak ja się będę prezentować z takimi paskudnymi siniakami na własnych urodzinach, hę? — Spojrzała na niego wymownie.
Krew go zalała i przez chwilę myślał, że popełni straszną zbrodnię w afekcie, tutaj, na miejscu, która to zbrodnia uratuje ludzkość przed destrukcyjnym wpływem jego, tfu!, miłości życia, niech ją wszyscy diabli. Przynajmniej miałby spokój na wieczność, a skoro i tak pójdzie do piekła, to co mu szkodziło? A potem krew w jego żyłach zamieniła się w lód. Uśmiechnął się paskudnie, a Corny nagle zadrżała.
— O ile do nich dożyjesz, słońce moich dni — powiedział słodko takim tonem, że dziewczyna spojrzała na niego z przestrachem. — Rozważam właśnie, czy nie przykuć cię w lochach Malfoy Manor i nie obedrzeć żywcem ze skóry. Ewentualnie mogę cię udusić na miejscu, a potem zostawić ciało na pastwę zbłąkanych psów i padlinożernych ptaszysk. I nekrofilów.
Popatrzyła na niego oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Chyba w końcu dotarło do niej, że chłopak wcale nie żartował. Draco poczuł z tego powodu chorą satysfakcję, choć wątpił, żeby dziewczyna zapamiętała jego słowa na dłużej. Jak na osobę z jej poziomem inteligencji, miała bardzo krótką pamięć.
— Dowiem się wreszcie, co ty tu robisz? — powtórzył lodowatym tonem. — O ile się orientuję, miałaś siedzieć na dupie u Snape’a i nie łazić po nocach po Nokturnie za pierdolonymi przeczuciami. — Uniósł brwi.
— No ten… więc ja… tego no… — zająknęła się. — Właściwie, to ja przyszłam do ciebie. — Jego brwi podjechały jeszcze wyżej. — No chciałeś, żebym dowiedziała się, czy profesor znalazł tej twojej super-ważnej i super-tajnej fiolki z mega eliksirem, no to się dowiedziałam — wyjaśniła pośpiesznie, plącząc się nieco w zeznaniach. — Nie znalazł. A to oznacza, że musiała zostać gdzieś tutaj. Pomyślałam, że skoro nie wiesz dokładnie, gdzie tych trzech zginęło, mogę ci się przydać, żebyś nie kręcił się bez sensu po całej Alei. — Uśmiechnęła się uprzejmie.
Mózg Dracona nie przyjął do końca tego tłumaczenia. Najwyraźniej Malfoy był zbyt prostym człowiekiem, żeby to ogarnąć. Zmarszczył brwi.
— I dlatego zaszłaś mnie od tyłu?!
— Wcale że nie! — obruszyła się. — Chciałam ci tylko zasłonić oczy i zapytać, czy wiesz kto to, a ty się rzuciłeś na mnie jak wściekły niedźwiedź!
— Czy ty jesteś normalna? — Spojrzał na nią, jakby w to wątpił. — Nie możesz zachodzić ludzi od tyłu i liczyć na to, że nic ci nie zrobią, bo ty masz zamiar tylko się zabawić! Merlinie, kto normalny wskakuje na ludzi na Nokturnie i zasłania im oczy? Corny, do kurwy nędzy, miałem zamiar przystawić cię różdżkę do gardła!
Prychnęła.
— Paranoik.
Poczuł, że po prostu nie ma siły. Tłumaczenie czegokolwiek tej małej wariatce było totalnie niemożliwe. Wyrwało mu się westchnienie, zanim zdążył je stłumić i spojrzał na nią prawie błagalnie. Zaczął uważać, że utrzymywanie jej przy życiu było sprzeciwianiem się przeznaczeniu. Ona po prostu CHCIAŁA umrzeć. Bo jak wyjaśnić to wszystko? Ze zrezygnowaniem pokręcił głową.
— Jesteś niemożliwa — wymamrotał.
Puścił ją, ale nie miał zamiar pozwolić jej sobie po prostu iść. Nim zdążyła się odezwać, niezbyt delikatnie wciągnął jej kaptur na głowę. Znalazł swoją różdżkę, która wciąż poniewierała się po bruku, poprawił swój płaszcz, a potem brutalnie wypchnął dziewczynę na główną ulicę i kazał jej siedzieć cicho, bo już otwierała usta, żeby coś powiedzieć. Fuknęła jak rozjuszona kotka, ale mimo to nie zaczęła protestować. Pokornie dała się prowadzić, a może raczej ciągnąć, bo Draco znów chwycił ją za ramię i trzymał blisko siebie tak, że miała ograniczoną możliwość ruchu, a o ucieczce nie było mowy. Nie była zbytnio z tego zadowolona, a chyba nie chciała go znów zdenerwować. Draco pozwolił jej tylko wyjaśnić, gdzie dokładnie walczyła kilka dni temu ze śmierciożercami i znów nakazał jej się zamknąć. Tym razem już się obraziła. Z wielkim fochem odwróciła zakapturzoną twarz w drugą stronę, dając mu do zrozumienia, że żądała przeprosin. Jakbym się tym przejmował, prychnął w myślach. Wiedział, że po prostu nigdy nie zrozumie kobiet.
Poszukiwanie fiolki bez jej nieocenionej pomocy byłoby może dłuższe i żmudne, nie oznaczało to jednak, że całkiem niemożliwe. Gdyby ta wariatka siedziała na tyłku tak, jak jej kazał, przynajmniej nie musiałby się martwić, że podczas jego nieuwagi porwie ją jakiś podejrzany typ i odciągnie w ciemny zaułek, jakich tu pełno, zanim on zorientuje się, że w ogóle mu zginęła. Corny oczywiście to nie obchodziło, ona musiała, po prostu MUSIAŁA, wleźć w sam środek zamieszania. Najwyraźniej jedynie po to, żeby potem zmartwiony Draco ją z tego wyciągał, przy okazji mocząc szanowne cztery litery w jeszcze większym bałaganie. Merlinie, moje życie bez niej byłoby takie proste i pozbawione trosk, westchnął żałośnie w duchu. Może zabiję ją i będzie spokój?
Dziewczyna bezbłędnie wskazała miejsce zbrodni, które okazało się być tak trochę dalej niż „pod Różanym Krzakiem”, tam zaś Draco odnalazł niewielką, srebrną fiolkę, która skrzyła się lekko w słabym świetle różdżki. Oboje przyjrzeli się jej z zaciekawieniem. Corny nawet na chwilę zapomniała, że była obrażona.
— Ciekawe, co w niej jest — zastanowiła się na głos.
— Pojęcia nie mam, ale może użyjesz swych niesamowitych zdolności, żeby się tego dowiedzieć? Może choć raz przydadzą się na coś, zamiast wciąż pakować nas oboje w kłopoty — zakpił Draco, zanim zdążył się powstrzymać. Schował eliksir do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Corny spojrzała na niego urażona.
— Nie musisz być niemiły, wiesz? W końcu znalazłeś to cholerstwo, więc o co ci znów chodzi? Masz PMS, czy raczej drażliwość jest nierozerwalną częścią twojej natury, do której mam się przyzwyczaić?
Zgrzytnął zębami. Naprawdę zachowywała się, jakby to on był wszystkiemu winny, a ona nie miała z tym nic wspólnego.
— Hm, czy ja wiem? Czekaj, niech pomyślę… Może o to, że łazisz samotnie po podejrzanych okolicach — warknął. — Czy ty naprawdę nie widzisz w tym nic złego?
— Ee, nie? — Spojrzała na niego jak na idiotę. — Potrafię sobie sama poradzić. Jak widzisz, to tamci trzej wąchają kwiatki od dołu, a nie ja, więc przestań się rzucać, jakby spalili ci dom. Nic mi się nie stanie.
— Cors, dochodzę do wniosku, że albo jesteś szalona, albo po prostu głupia.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie spod kaptura. Naprawdę nie wiedział, co z nią było nie tak. Rozumiał, że miała trudne dzieciństwo, niedożywienie, kary cielesne, ale, do cholery, kto nie miał? On nie łaził po Nokturnie dla przyjemności.
— Czy obrażanie mnie ma jakiś szczególny cel, czy robisz to tylko dla czystej, chwilowej satysfakcji? — zapytała zimno.
— Chyba mam nadzieję, że coś do ciebie dotrze, ale nadzieja matką głupich.
Prychnęła.
— Tym sposobem dotarliśmy do tego, kto tu jest głupi. I nie jestem to ja.
— No tak — sarknął. Znów ogarniała go złość. — Bo ty po prostu masz TYLKO przeczucia. Jak mogłem o tym zapomnieć? Błagam o przebaczenie.
Posłała mu rozdrażnione spojrzenie, które widział nawet mimo ciemności i jej twarzy skrytej pod kapturem. I jak zwykle poczuł się paskudnie, że udało mu się zdenerwować tak spokojną i opanowaną osobę jak Corny Morgenstern. Dlaczego nikogo nie boli, że to jak się wkurzyłem?, pomyślał ze złością.
— Czy my naprawdę musimy się kłócić TUTAJ? — rzuciła wściekle. — Zrobienie sceny na środku Nokturnu jest twoim życiowym marzeniem? — dodała kąśliwie.
— Jasne, chodźmy, zrobimy scenę przed Snape’em. Będzie wniebowzięty, gdy usłyszy, gdzie się włóczyłaś. Może nie jest twoim ojcem, ale myślę, że przysługuje mu prawo wlepienia ci szlabanu. Albo porządnego lania.
— Odbiło ci? — syknęła, rozglądając się na boki. — Musisz się tak drzeć? Jeszcze ktoś usłyszy.
Draco opamiętał się. Faktycznie, lekko podniósł głos, ale wciąż był on bliżej wściekłego szeptu niż krzyku. Jednak na Nokturnie nie tylko ściany miały uszy, ale też wszystko, co tutaj stało, leżało, wisiało lub poniewierało się po kątach. Malfoy rozejrzał się i zauważył, że faktycznie ściągnęli na siebie uwagę tych nielicznych osób, które miały odwagę zapuścić się nocą w te okolice. Niewiele myśląc, chwycił Corny za ramię i gwałtownie pociągnął w stronę najbliższego przejścia na Pokątną, nie bawiąc się w kurtuazję. Dziewczyna syknęła z bólu, ale nie skomentowała tego głośno. Draco słyszał jak mamrotała pod nosem o pierdolonych arystokratach od siedmiu boleści, awanturnikach, damskich bokserach i cholernych paranojach, które nie dawały żyć normalnemu człowiekowi. Normalnemu! Chyba nie myślała o sobie! Chłopak zacisnął zęby, żeby nie warknąć. Bardzo dawno temu obiecał sobie, że nigdy nie uderzy kobiety, a w tej chwili naprawdę niewiele mu brakowało.
Jego matka była delikatną, cichą i ułożoną kobietą, bezkrytycznie posłuszną we wszystkim swojemu mężowi, któremu jednak to nie wystarczało. Lucius lubił czuć władzę, o czym Draco doskonale wiedział. Wciąż panicznie bał się gniewu ojca. Choć miał siedemnaście lat, całe jego życie kręciło się wokół pytania: co ojciec na to powie? Przyjmował poglądy ojca jak swoje, sumiennie spełniał każdy jego rozkaz i za wszelką cenę chciał być idealny. Był dobrym żołnierzem. Dlatego nawet nie chciał sobie wyobrażać awantury, jaka rozpętałaby się nad jego głową, gdyby nagle Lucjius w jakiś przedziwny sposób dowiedział się o Corny. Pewnie nie wyszedłby z tego cało.
A dziewczyna mu tego nie ułatwiała. Nie chodziło tu tylko o to, że prosiła się wręcz o śmierć. Draco sprawnie tuszował jej istnienie. Choć znali się dziesięć lat, ojciec wciąż nie miał o niej pojęcia. Nigdy nie dotarło do niego, że w szkole jego syn przyjaźnił się z kimś niewiadomego pochodzenia i statusu, nie dowiedział się, że to Draco umieścił dziewczynę u Snape’a i rozpoczął cały ten cyrk. Snape też mu o tym nie powiedział, choć przecież mógł – w tamtym momencie Draco nie miał wystarczającej pozycji w hierarchii, ba, wciąż nie należał jeszcze nawet do Wewnętrznego Kręgu, żeby móc rozkazywać Mistrzowi Eliksirów. Choć teraz jego status wśród śmierciożerców podskoczył, Snape nadal był kilka schodków wyżej. Ale nic nie powiedział. Wziął Corny do swojego domu, dał nazwisko i bez szemrania się nią zajął. Dla Luciusa Malfoya Corny po prostu nie istniała. Choć nieznudzenie próbowała to zmienić.
Dlatego właśnie Dracona ogarniała taka wściekłość, gdy ona znów wyrywała się, żeby posuć jego doskonałe plany. To wszystko było po prostu idealną intrygą, nie do przejrzenia, nie do obalenia, ale mimo to nie wytrzymywała ona obecności tej małej i niepozornej Corny Morgenstern. Dziewczyna była po prostu jak morowa zaraza. Draco nie znosił, gdy coś szło nie po jego myśli, a Corny tak skrupulatnie wciąż niszczyła każde zamierzenie, pakowała się w nie z tymi swoimi szpilkami i rozbijała je w drobny mak. I, co najgorsze, robiła to w dobrej wierze! A dobrymi intencjami piekło wybrukowane, jak to mówili. Utrzymanie tego kłębka nieszczęść przy życiu było niemożliwe, skoro on sam dosłownie pchał się na drugą stronę ze wszystkich sił. Draco naprawdę nie potrafił tego inaczej wytłumaczyć.
— Możesz już przestać mnie tarmosić? — zirytowała się Corny i jednym ruchem wyrwała z jego uścisku.
Zatrzymała się, odrzuciła kaptur na plecy i spojrzała na Dracona wyzywająco, zakładając ręce na piersi. Draco też odkrył twarz, która wciąż ściągnięta była maską wściekłości. Ujrzawszy to, dziewczyna na krótką chwilę spuściła z tonu, zmieszała się i jakby nieco zmalała, przygarbiła się trochę, ale zaraz odzyskała rezon i znów przybrała prowokującą pozę. Stanęli prawie w połowie Pokątnej, pustej, ciemnej i wyglądającej mało przyjaźnie, ale na pewno dużo bezpieczniejszej, niż opuszczony przez nich przed chwilą Nokturn.
— O co ci, do cholery, znów chodzi, co? — zaatakowała Corny, próbując zmusić go do odwrotu. — Wściekasz się ostatnio o byle gówno i wyładowujesz na mnie. Ja bardzo dziękuję, znajdź sobie inny worek treningowy.
— Twoje nocne wycieczki na Nokturn nazywasz byle gównem? — zapytał cicho, nie dając się sprowokować.
Prychnęła.
— Taaak? Wiadomość z ostatniej chwili, panie Malfoy, ja ZAWSZE robiłam sobie nocne wycieczki na Nokturn. Jakoś do tej pory się o to nie wściekałeś.
— Bo jakoś do tej pory nie mordowałaś śmierciożerców, których teraz wszędzie dosłownie pełno. Jeśli do ciebie jeszcze nie dodarło: MAMY WOJNĘ.
— Wiem! — krzyknęła z rozdrażnieniem.
Też założył ręce na piersi. Ze swoim wzrostem miał pewną przewagę, bo bez trudu mógł patrzyć na nią z góry zarówno w przenośni, jak i dosłownie. Doskonale wiedział, że ją to okropnie irytowało.
— Jakoś nie zauważyłem.
— Nie zachowuj się jak idiota! — warknęła. — To, że zaczęliśmy ze sobą chodzić, nie oznacza, że masz prawo kontrolować całe moje życie. Umiem zatroszczyć się o siebie, jeśli chcesz wiedzieć.
— Właśnie widzę — powiedział lodowato. — Doszłaś do takiego wniosku przed czy po tym, jak wysłałaś do mnie sowę z wiadomością, żebym ratował twój tyłek? — zakpił, unosząc brwi. — Chyba że uznamy to za chwilową słabość umysłu, których, jak widzę, masz całkiem sporo. Całe twoje życie to jedna wielka słabość umysłowa, na to wygląda.
— Ty…
Przez chwilę myślał, że go uderzy, gdy uniosła gwałtownie rękę. Nawet by się nie bronił, doskonale wiedział, że przesadził. Zamiast jednak przeprosić, wciąż stał z rozeźloną miną, niewzruszony niczym lodowy posąg. Jednak Corny zatrzymała dłoń na wysokości jego twarzy i nagle zamarła. Patrzyła na niego oczami płonącymi ze wściekłości, z pobladłą twarzą i ustami zaciśniętymi w wąską linię. A potem dziewczyna odwróciła się na pięcie i odeszła bez słowa w kierunku Dziurawego Kotła. Zarzuciła kaptur na głowę i odmaszerowała w ciemność sztywnym krokiem.
No Malfoy, nawarzyłeś sobie piwa, to teraz musisz je wypić.
Zaklął, kopnął w drzwi Esów-Floresów, pod którymi przez cały ten czas stali i znów zaklął, tym razem z bólu. To go jednak obudziło. Zaklął po raz trzeci, schował dumę w buty i ruszył za dziewczyną.
— Corny!
Nie zatrzymała się, nie zwolniła, nawet nie drgnęła. Wciąż uparcie zmierzała w stronę Dziurawego Kotła. Draco złapał ją za łokieć i odwrócił w swoją stronę.
— Przepraszam — powiedział cicho. — Nie chciałem tego powiedzieć.
Nie mógł dostrzec jej twarzy, bo ukryła ją pod kapturem, ale mógłby przysiąc, że płakała. Poczuł się paskudnie. Dwa razy w ciągu jednego dnia, normalnie jesteś lepszy niż twój ojciec, odezwał się paskudny głos w jego głowie. Zamknij się, rzucił do niego.
— Ależ oczywiści, że chciałeś, Malfoy — odparła dziewczyna. — Ty nigdy nie mówisz rzeczy, których nie chcesz powiedzieć.
— Nie chciałem sprawić ci przykrości.
— W takim razie ci się nie udało — stwierdziła martwym głosem i wyrwała mu swoje ramię. Odwróciła się i znów odeszła.
— Corny! — zawołał za nią.
Dopadł do niej w dwóch krokach i znów odwrócił ją twarzą do siebie. Podczas gwałtownego ruchu, kaptur spał jej z głowy, odsłaniając nieszczęśliwe, zapłakane oczy i przygryzioną wargę. Corny odwróciła głowę i spróbowała się wyrwać.
— Puść mnie — zażądała, próbując się wyswobodzić, ale tym razem złapał ją mocniej za oba ramiona. — Czy ktoś kiedykolwiek ci mówił, że jesteś brutalny? Jeśli tak traktujesz wszystkie dziewczyny, nic dziwnego, że jeszcze nie miałeś żadnej na stałe. Pewnie nie mogły z tobą wytrzymać.
Ugryzł się w język, zanim palnął, że to jedynie ona wyzwalała w nim mordercze instynkty. Tym razem pewnie w końcu dostałby w twarz.
— Cors, czy ty musisz zawsze utrudniać sprawę? — zapytał ze zrezygnowaniem, gdy wciąż z nim walczyła. — Naprawdę cię przepraszam, nie powinienem był tego mówić. Tak, wiem co chcesz powiedzieć. — Przewrócił oczami, gdy się uspokoiła i założyła znów ręce na piersi z rozeźloną miną. — Jestem zły Malfoy. Ale naprawdę nie chciałem cię urazić. To po prostu… — zawahał się. — Po prostu opanowała mnie chwilowa słabość umysłu — powiedział, z premedytacją używając własnych słów. — Merlinie, czy naprawdę muszę cię ganiać po całej ulicy, żeby cię przeprosić. — Nie mógł powstrzymać napływającej irytacji.
— To ostatnie mógłbyś sobie darować — rzuciła oschle.
Westchnął.
— Wiem. Przepraszam.
Wymamrotała coś pod nosem, ale nie zrozumiał co. Nie wyglądała jednak już tak wojowniczo i chyba nie miała zamiaru uciekać. Ani też raczej go bić. Otarła łzy wierzchem dłoni, rozmazując tym samym makijaż, który utworzył pod jej oczami czarne smugi. Draco z rozbawieniem przewrócił oczami i wyciągnął śnieżnobiałą chusteczkę z kieszeni spodni. Corny posłała mu poirytowane spojrzenie i wyrwała mu ją z dłoni z taką miną, jakby ją do tego zmuszał. Uśmiechną się pod nosem.
— Czyli wybaczasz? — zapytał ostrożnie.
— Wybaczone, ale nie zapomniane — burknęła nieuprzejmie, wcierając czarny tusz w jego białą chusteczkę. — Nie znasz dnia ani godziny, Draconie Malfoy.
— Niech będzie, dobre i to — odparł, wypuszczając ze świstem powietrze z płuc. — Ale jeśli jeszcze raz będziesz się włóczyć samotnie po Nokturnie ciemną nocą, to obiecuję ci, że naprawdę zamknę cię w lochach Malfoy Manor, zakuję w kajdanki i będziesz tam siedzieć do zakończenia wojny — ostrzegł ją grobowym głosem. — Czyli na moje wyliczenia, bardzo długo.
— Dobrze, już dobrze — mruknęła, przewracając oczami. — Niech ci będzie, nie będę się nigdzie włóczyć, obiecuję. Zadowolony? — prychnęła rozżalona, niezbyt uparcie odpychając jego ramię, którym objął ją w tali. — Tyran. Choć ten fragment z kajdankami możemy przerobić od razu — dodała, uśmiechając się psotnie.
Pokręcił głową i zaśmiał się cicho.
— Ja kiedyś z tobą oszaleję.

_______________

Opis do tytułu: Resident Evil - amerykańska seria thrillerów since-fiction na podstawie japońskich gier komputerowych.
[1] Początek lub szczyt działalności tych zespołów oraz wokalistów przypada na lata 70., ewentualnie przełom lat 60./70. lub 70./80., czyli czas, gdy Syriusz Black był nastolatkiem. Nie wiem, jak Wam, ale mi wydaje się, że ostry, mugolski rock idealnie pasuje do takiego zbuntowanego chłopaka, jakim wydaje się być Syriusz w wieku szesnastu, siedemnastu lat. Motocykle, skóry i ostry rock, mrau.

       Miałam dodać wcześniej, ale odwlekałam, bo chciałam najpierw napisać następny rozdział. Nic z tego. Nie mam ostatnio w ogóle natchnienia. Ciągle nauka i nauka. Do obrzydzenia. Zapewne kolejny rozdział pojawi się dopiero po sesji, czyli za jakiś miesiąc. Przykro mi.

Wasza,

czwartek, 25 kwietnia 2013

Rozdział siódmy

Inny świat

W sumie to nawet lubił Aleję Śmiertelnego Nokturnu. W pewien sposób miała swój klimat, no i nie zaprzeczalnie niezliczoną ilość bardzo podejrzanych lokali, które oferowały klientom szeroki zakres trunków wysokoprocentowych i to w taki sposób, że żaden porządny obywatel nigdy by tego nie przełknął, nie narażając się na wypalenie strun głosowych. Ale Draco nigdy nie twierdził, że był porządnym obywatelem. Pożądanym, owszem, ale porządnym?
Znajdujący się całkiem niedaleko sklepu Borgina i Burke’a Różany Krzak był najsłynniejszym czarodziejskim burdelem w tej okolicy, ale Draco zwykł twierdzić, że przybytkiem wątpliwej rozkoszy. Bardziej prawdopodobnej rzeżączki. Nie mniej nazwa ta obiła mu się kilka razy o ucho. Budynek był wysoki, wąski i zaniedbany, jak wszystko w tej okolicy, nad drzwiami wisiała tabliczka, z której nie można było zupełnie nic odczytać, a pod nią stały dwie kobiety w trudnym do określenia wieku i zachęcająco spoglądały na Dracona. On zaś w tej chwili pożałował, że nie zabrał ze sobą śmierciożerskiego płaszcza, który odstraszałby przechodniów. Za głupotę jednak zawsze trzeba płacić.
Pod Różanym Krzakiem” to dosyć… szerokie pojęcie, stwierdził z przekąsem, rozglądając się wokoło. W zasięgu wzroku miał trzy zaułki oraz wejście do knajpy w suterenie, które było tak głębokie, że bez problemu można było w nim kogoś zamordować bez zwracania na siebie szczególnej uwagi. Ale trzech ludzi? Chyba byłoby odrobinę zbyt ciasno. Kręcący się tutaj siedemnastolatek w śnieżnobiałej koszuli był natomiast widokiem nieco niecodziennym i przyciągał wzrok. Jeśli na dodatek miał prawie białe włosy i w sumie mocno przypominał Malfoya, zwracał na siebie jeszcze większą uwagę. Jestem idiotą, pomyślał Draco, zauważając, że ludzie za bardzo zaczynali się nim interesować. Skierował się w stronę szczeliny między dwoma obskurnymi budynkami, która była skrótem na Pokątną, starając się przy tym wyglądać pewnie i spokojnie. Trzeba będzie tu przyjść w nocy. Ubranym w śmierciożerski płaszcz. W niewinnie wyglądającym nastoletnim wydaniu jeszcze mógł zostać zaciągnięty w jakiś ciemny zaułek i zgwałcony…
Mimowolnie uśmiechnął się na samą myśl. Może i był mniejszy od Blaise’a, wciąż dość mocno szczupły, ale to wcale nie oznaczało, że słaby. W ciągu ostatnich lat nabrał trochę ciała i siły, i choć nadal sporo mu brakowało do postury kumpla, to kilka razy udało mu się przydusić go do podłogi. A tak poza tym miał w zanadrzu kilka magicznych zdolności i naprawdę nie chciałby być na miejscu tego kogoś, kto próbowałby zaciągnąć go w ten ciemny zaułek.
Dlaczego, do diabła, Corny nie kręci się tutaj, gdy akurat to ja dostanę wielką i tajną misję od Jego Mrocznej Mości Władcy Wszelkiego Zła?, westchnął w duchu, wychodząc wąskim przejściem po środku Pokątnej. Życie na magicznej ulicy jakby zamarło z nastaniem panowania Voldemorta, niewiele kręciło się na niej osób, a ci, którzy się na to odważyli, chodzili grupkami, rozglądając się na boki i rozmawiając przyciszonymi głosami. Samotny chłopak, na dodatek ubrany prawie po mugolsku, także i tutaj zwracał na uwagę. Ale wysoki, przystojny nastolatek o niezwykłym kolorze włosów oraz uśmiechający się złowieszczo pod nosem, musiał przyciągać wzrok. Draco nie zwracał jednak uwagi na ciekawskie lub zaniepokojone (ach, ten jego uśmiech) spojrzenia, pogrążony w własnych myślach. Chętnie zaciągnąłbym ją w jakiś ciemny zaułek, drążył dalej na temat Corny, i pokazał, że Nokturn nie jest odpowiednim miejscem dla dziewczyny z jej wyglądem i aktualną pozycją… Albo nie, rozmyślił się nagle, kręcąc głową. Zrobił poprawkę na jej szaleństwo, a w tym czasie siwowłosa wiedźma, która oglądała wystawę sklepu z magicznymi roślinami doniczkowymi, zerknęła na niego z zaciekawieniem, czego on nawet nie zauważył. Szedł w stronę Dziurawego Kotła. Jeszcze, nie daj Merlinie, by jej się spodobało, prychnął w myślach i absolutnie nie miał na myśli starszej czarownicy. A potem najpewniej musiałbym ganiać ją po całej Alei, żeby nie wyszukiwała sobie wrażeń z kimś innym. Westchnął, tym razem już nie w duchu. Nie to, że mógłby posądzić Corny o niewierność, chroń Merlinie, już prędzej on by się na to złapał, ale, jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony.
W Dziurawym Kotle dosłownie ziało pustką. Draco może jakoś niespecjalnie przepadał za tłumami, a knajpa na granicy Pokątnej i niemagicznego świata nie była jego ulubionym miejscem na świecie (i nie chodziło tu o czystość, raczej o klimat, którego dużo więcej miały podejrzane speluny na Nokturnie), ale wydało mu się to nieco… nieprzyjazne. W jednym z ciemnych kątów siedziało dwóch czarodziei w szarych szatach ministerialnych urzędników, którzy zamilkli na widok chłopaka i teraz wpatrywali się w niego z szeroko otwartymi oczami, a bezzębny barman Tom naraz zanurkował pod ladę za ścierką, którą z wrażenia upuścił. Draco powstrzymał się od przewrócenia oczami i bez zatrzymywania przeszedł przez pub, wychodząc na zatłoczoną, mugolską ulicę. Ach, ten malfoyowski urok osobisty, ludzie wręcz nie mogli się mu oprzeć.
Nikogo nie zdziwił siedemnastolatek, który pojawił się nagle znikąd i prawie wpadł na młodą kobietę w czarnym kostiumie. Przeprosił uprzejmie, a ona fuknęła tylko na niego i poszła dalej, lekko kołysząc się na niebotycznie wysokich szpilkach i trajkocząc coś o cholernych dziennikarzach oraz ich pieprzonym zamiłowaniu do sensacji. Białowłosy z ciekawością powiódł za nią wzrokiem, nawet w magicznym świecie nieprzyzwyczajony do ludzi mówiących do siebie. Dopiero potem dotarło do niego, że musiała rozmawiać z kimś przez to śmieszne pudełeczko, przez które mugole komunikowali się jak siecią Fiuu. Tele-fun, podpowiedział w myślach sam sobie. Corny mu o nim mówiła. Przekazywało ono głos na ogromne odległości, jak kominek, podobno w niektórych pokazywał się nawet obraz rozmówcy, tylko że nie można było przez nie przechodzić. A poza tym Corny mówiła, że trzeba było płacić za każdą rozmowę w zależności od jej czasu i czy była miejscowa, czy zagraniczna, a nie tak, że kupujesz proszek Fiuu i rozmawiasz, jak długo chcesz, niezależnie skąd dokąd i tyle razy, na ile starczy proszku. Draco nie miał pojęcia, jak oni to obliczali, kto z kim ile rozmawiał przez tele-fun i jak namierzali jego miejsce pobytu. Mugole go zawsze zaskakiwali.
Rozejrzał się wokoło, po czym ruszył w kierunku Leicester Square, gdzie był najbliższy park, skąd miał zamiar deportować się do Hyde Parku, znajdującego się w pobliżu Upper Brook Street. Pansy pewnie demolowała właśnie jego rezydencję, twierdząc, że jedynie organizuje imprezę urodzinową. Od Leicester Square dzieliła go przecznica pełna śpieszących się mugoli, a park zapewne okupowany był przez matki z wrzeszczącymi bachorami w wózkach lub równie wrzeszczącymi nieco starszymi bachorami, biegającymi między nogami przechodniów, babć i dziadków z szczekającymi psami oraz nastolatków śliniących się i beztrosko obściskujących na ławkach, jakby nie było innych miejsc na świecie. Czyi ogólnie uroczo. Wprawdzie Draco mógł się deportować bezpośrednio z Dziurawego Kotła, ale przecież krótki spacer przez Londyn jeszcze nikomu nie zaszkodził, nieprawdaż?
Poza tym lubił obserwować mugoli. Ludzi śpieszących się do pracy lub z niej wychodzących na lunch, dzieciaki jeżdżące na dwukołowych metalowych koniach albo na płaskich deskach z czterema niewielkimi kołami, facetów w garniturach i z czarnymi teczkami rozmawiających przez tele-funy, pędzące po ulicach kolorowe, blaszane i bardzo głośne puszki wraz z zamkniętymi w środku znerwicowanymi osobnikami krzyczącymi na innych znerwicowanych osobników, łysych typków, którym wszyscy schodzili z drogi, a za którymi niosła się muzyka z pudełeczek wielkości tele-funów. Mugole nie byli świadomi, że w magicznym świecie toczyła się wojna i że ten białowłosy chłopak w białej koszuli ze sztywnym kołnierzykiem, który nieśpiesznie szedł między nimi, był jej częścią. Zajęci własnymi sprawami, nie zauważyliby magii, nawet gdyby ta wyskoczyła z krzaków i z rozpędu kopnęła ich w tyłek. Co zresztą często robiła. Ale w jakiś sposób byli fascynujący, radzili sobie bez magii, zamykali głos w pudełkach, tworzyli konserwy na kołach, które poruszały się szybciej niż miotła i używali e-lek-try-czno-ści. Draco nadal musiał to artykułować, bo miał problem z wymową. To właśnie e-lek-try-czność skutecznie zastępowała mugolom magię, dzięki niej działało większość urządzeń, a w domach było światło. Zadziwiające. Nazwanie mugoli prymitywnym gatunkiem wydawało się być pod tym względem bardzo krzywdzące.
Draco często dochodził do wniosku, że Mroczny nie do końca przemyślał ten cały podbój świata. Chłopak wciąż nie potrafił pojąć, po co w ogóle było zabijanie, grabienie, gwałcenie i palenie wszystkiego dookoła. Świat i bez tego nie był zbyt przyjaznym miejscem, ludzie mieli naturalne potrzeby prania się po pyskach za, nie ukrywajmy, byle gówno i absolutnie nie potrzebny był im jeszcze Lord Voldemort, bo skutecznie niszczyli świat i bez niego. Jednak Lorda Voldemorta nie obchodziło to zbyt mocno, był sobie i już, nie zamierzał tak po prostu sobie pójść tylko dla tego, że ludzkość miała zamiar wytępić się bez niego. A potem taki Draco Malfoy musiał szukać, Merlin jeden wie gdzie, jakiejś Bardzo Ważnej Fiolki z Cholernie Ważnym Eliksirem, którą zacny Zdobywca Świata in spe nierozważnie powierzył idiotom atakującym nocą niewinne nastolatki w bardzo podejrzanej okolicy, na dodatek pod burdelem. Jeśli to nie była groteskowa sytuacja, to Draco sam już nie wiedział, co to w takim razie było. A Corny powinna mieć na plecach tabliczkę: Obiekt pod napięciem. Zbliżenie się grozi trwałym kalectwem, pomyślał kpiąco.
Leicester Square pełne było piknikujących młodych małżeństw z dziećmi w wieku od kilku miesięcy do lat dziesięciu. Starsze włóczyły się same, piły piwo w ciemnych zakątkach, rozrzucały butelki i papierki po chipsach na trawie, kopały śmietniki i ławki, obściskiwały się z miłościami życia i ryły na drzewach serduszka z inicjałami. Draco naprawdę nienawidził być nastolatkiem, a te wszystkie rozłożone na trawie mugolskie dziewczyny w króciutkich spodenkach i cienkich bluzeczkach na ramiączka wcale mu nie pomagały. Buzujące hormony były irytującą rzeczą, a dorośli, którzy wciąż nie traktowali cię poważnie, normalnie wkurzali. Nastolatki miały po prostu do dupy i naprawdę trudno się dziwić, że większość z nich była ogólnie denerwująca, buntowała się, uciekała z domu, próbowała różnych używek i przygodnego seksu. W końcu Draco, siedemnastoletni czarodziej, nie był lepszy od tej rzeszy nastoletnich mugoli, która kręciła się po parku. Ale przynajmniej z klasą, dodał w myślach, przyglądając się chłopakowi w czarnej skórze i ciężkich butach, który miał kolczyki w nosie i prawej brwi oraz zielone włosy ułożone do góry w wysoki grzebień. Dobra, te kolczyki to by jeszcze przeżył, wyglądały nawet nieźle, ale, do diabła, zielone włosy?! Bunt buntem, ale nie przesadzajmy. Draco naprawdę mógł wiele zarzucić swoim włosom, zwłaszcza ten piekielny kolor, który ściągał spojrzenia wszystkich w zasięgu mili, a ciągłe pytania, czy jest naturalny, czy może tleniony (chłopak nawet nie wiedział, co to znaczy) od dawna były na porządku dziennym, ale, wypraszał sobie, w życiu nie pozwoliłby niczego z nimi zrobić, a już na pewno nie przefarbować. I to na zielono! Na brudne gacie Merlina, co za idiota malował włosy? Tylko dziewczyny to robiły, koniec i kropka.
Przyglądając się bardzo posępnej, obkolczykowanej i obwieszonej srebrnymi krzyżami młodzieży w ciężkich butach, czerni i różnokolorowych włosach, Draco musiał przyznać, że w przeciwieństwie do nich, czarodziejskie nastolatki nie miały zielonego pojęcia o buncie. W białej koszuli i ciemnych spodniach na kant Malfoy wyglądał jak grzeczny chłopiec z dobrego domu, który grał na skrzypcach, udzielał się w kółku teatralnym i przeprowadzał staruszki przez ulicę. Nikomu by nawet nie przeszło przez myśl, że ten właśnie grzecznie wyglądający chłopak pomagał podbić świat podobno najpaskudniejszemu czarnoksiężnikowi wszechczasów. Przy okazji oczywiście korzystając z uroku bycia pięknym i bogatym. No ale trzeba byłoby chyba być puchońskim niedorajdą lub cnotliwym Potterem, żeby w tym wieku nie próbować tego, co zakazane.
Draco wciąż się zastanawiał, czy w ogóle ten cały wysławiany pod niebiosa wybawca świata był kiedykolwiek w łóżku z dziewczyną w innym celu, niż żeby grzecznie potrzymać ją za rączkę, dopóki nie zasnęła, ale szczerze w to wątpił. No bo ludzie, Potter? On w ogóle umiał zagadać do dziewczyny i nie zrobić przy tym z siebie kompletnego idioty? Wątpliwe. Zwłaszcza, że Draco miał kiedyś okazję podsłuchać jego rozmowę z jedną Krukonką, Cho Chang bodajże i takiego obrazu nędzy, rozpaczy i debilizmu jeszcze nie widział. Biedny Gryfonek, nie mógł po prostu wydusić z siebie poprawnego zdania, a jego rumieńce wyglądały, jakby przed sekundą wykąpał się we wrzątku. Przerażające. Draco nigdy tak nie miał, nawet w wieku lat czterech, kiedy to człowiek jest słodki i niewinny. Żadne z tych określeń nie pasowały do czteroletniego Dracona Malfoya.
Z trudem znalazł jakiś pusty, zakryty przed niechcianym wzrokiem zakątek i deportował się. Uczucie towarzyszące teleportacji było paskudne, rozumiał teraz świetnie, dlaczego ludzie woleli kominki lub świstokliki. To też nie było może zbyt fajne, ale nikt nie przeciskał cię przez wąską, szklaną rurkę, no i nie istniało ryzyko, że jakaś twoja część trafi w całkiem inne miejsce. Tacy jesteśmy genialny, a środki transportu to mamy do dupy, sarknął w myślach, wychodząc z chaszczy na ścieżkę Hyde Parku i wyciągając liście z włosów. Wyglądał, jakby dopiero co zapoznał się bliżej z okolicznymi zaroślami z jakąś dziewczyną i przeturlał po trawie. Chyba nie tylko on o tym pomyślał, bo przechodząca obok staruszka z burym psem zmierzyła go spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Uśmiechnął się do niej bezczelnie i odszedł w przeciwnym kierunku. W Hyde Parku było niewiele lepiej niż w Leicester Square, tak samo pełno uśmiechniętych małżeństw, biegających wkoło, rozwrzeszczanych dzieciaków, staruszków z pasami i całujących się nastolatków. Oraz jeszcze więcej skąpo ubranych dziewczyn. Corny by mnie zamordowała, westchnął w duchu, gdy młoda mugolka w letniej sukience puściła do niego oko. Wygląda na to, że zrobił się ze mnie pantoflarz, dodał zaraz kpiąco i uśmiechnął do siebie. Z Hyde Parku do jego londyńskiej rezydencji było dziesięć minut spacerkiem. Przez ten czas Draco został obszczekany przez żółte bydle, którego roztrzepany na podobieństwo Pottera właściciel beztrosko stwierdził, że przecież jego Fafik był zupełnie niegroźny i nie potrzebował kagańca, potem zaczepiony prawie przy samym wyjściu przez konesera trunków wyskokowych, który zapytał go, czy nie miał pożyczyć funta (nie miał). Na koniec, już na Upper Brook Street, skrzyczała go drobna, ale za to krzepka starsza pani w różowym kapeluszu, która stwierdziła, że chyba Boga nie miał w sercu i kto to słyszał, żeby te wszystkie geje tak się panoszyły po świecie, skaranie boskie z nimi i niech ich piekło pochłonie. Draco, jako osobnik stanowczo heteroseksualny (a przynajmniej on nie widział, żeby było inaczej), poczuł się dotknięty na tę jawną potwarz (nie, żeby miał coś do gejów, ale wolał jednak kobiety). Uprzejmie kazał jej iść do diabła, za co o mało nie dostał po głowie całkiem solidną laską. W obliczu przyszłego uszczerbku na ciele, musiał schować honor w buty i salwować się ucieczką. Trzasnąwszy wreszcie drzwiami domu, oparł się o nie plecami i ciężko dysząc, stwierdził, że ostatni raz przechodził za dnia przez ten piekielny Londyn. Wściekłe psy, drące się dzieci i pożyczających na wieczne nieoddanie meneli mógł jeszcze jakoś ścierpieć, ale, doprawdy, oskarżenie go o homoseksualizm? Może te przefarbowanie włosów to nie taki głupi pomysł?
— Draco! Jak dobrze, że jesteś! — zaświergotała Pansy, znalazłszy go w tej nie bardzo komfortowej sytuacji, czyli wyglądającego, jakby uciekał przed zastępem piekielnym. Dziewczyna zbiegła ze schodów, dopadła go, zanim zdążył uciec przed nią i rzuciła mu się na szyję. Potem zauważyła, że coś z nim nie tak. — Wszystko w porządku, Draco? — zapytała zmartwiona, przyglądając mu się z uwagą.
Z trudem wyplątał się z jej objęć i odsunął ją jak najdalej od siebie. W pewien sposób nadal ją lubił, ale bywała drażniąca. Zwłaszcza, gdy zachowywała się jak nierozgarnięta trzpiotka, czyli przez większość czasu. Wśród dziewczyn panowało głupie przekonanie, że faceci woleli paplające bez przerwy, niefrasobliwe laleczki, już najlepiej blondynki, którym w głowie były tylko ciuszki, szminki, buty i lakiery do paznokci, od inteligentnych dziewczyn, które miały swoje zdanie i wiedziały o czymś więcej, niż kim była nowa narzeczona księcia Anglii i jaki kolor był teraz w modzie. Draco nie cierpiał blondynek. Może dlatego że sam był blondynem (choć z drugiej strony jego włosy były bardziej białe niż blond), a może zwyczajnie nie podobał mu się ten kolor włosów. Były takie… żółte. Gdyby lubił też trajkoczące nieustannie lalki ze sztucznymi rzęsami i paznokciami, umawiałby się z Pansy, a nie z Corny. Najwyraźniej nie był statystycznym facetem. Nie można było jednak zaprzeczyć, że takie nierozgarnięte dziewczyny na pewno było łatwiej zaciągnąć do łóżka. Nawet jeśli, tak jak Parkinson, tylko udawały mało inteligentne.
Pansy nie była blondynką. Miała czarne, kręcone włosy do ramion i Draco mógłby przysiąc, że każdego ranka siedziała nad nimi dłużej, niż on przeprowadzał całą poranną toaletę. Rzęsy i paznokcie też chyba miała naturalne, choć co do tych drugich to ręki uciąć by sobie nie dał. Nie miał pojęcia, jak odróżnić nieprawdziwe paznokcie od prawdziwych. W przeciwieństwie do Corny, Parkinson była bardzo dziewczęca, dość wysoka, co jeszcze podkreślała szpilkami, do tego ładnie opalona, zaś zielone oczy miała podkreślone subtelnym makijażem. No i oczywiście nosiła jedynie drogie, idealnie dopasowane ubrania, a wyobrażenie sobie jej w szerokiej bluzce z jaskrawym napisem: Pokój, miłość i prawda było równie niemożliwe, co zwizualizowanie Corny w kokardach i falbankach lub uśmiechniętego Snape’a.
— Oczywiście, że wszystko w porządku, Pansy — odparł Draco oschle, usuwając się z zasięgu rąk dziewczyny. Jeszcze by jej się zachciało znów zacząć go dusić.
— Hm, wyglądasz… — zawahała się — …osobliwie.
Przewrócił oczami. Facet, którego przed pięcioma minutami jakaś szurnięta staruszka okrzyknęła gejem, po prostu musiał wyglądać osobliwie. Nie codziennie człowiek dowiadywał się ciekawych rzeczy o swojej orientacji seksualnej. Nie, żeby miał coś do gejów. Po prostu sam nim nie był, niezależnie co wygadywano za jego plecami. Nic nie mógł poradzić na to, że urodę miał, jaką miał. Ale mógł się za to założyć, że przynajmniej połowa z tych jakże uprzejmych obgadujących była pewna jego ognistego romansu z Zabinim [1]. Przerażające.
— Miałem ciężki dzień.
— Draco, dopiero południe — zauważyła Czarna.
Przez krótką chwilę była poważna i normalna. Wbrew temu, co na co dzień przedstawiała światu, Pansy Parkinson była jednak całkiem inteligentna. Z tego, co Draco wiedział, przekroczyła dziewięćdziesiąt procent na SUMach (on zresztą też, wcale się nie chwaląc), a McGonagall nieustannie kręciła nad nią głową, dlaczego osoba z jej zdolnościami i potencjałem nie robiła z nimi czegoś dalej, tylko marnowała czas na strojenie się i wdzięczenie do chłopaków. Draco dawno doszedł jednak do wniosku, że Pansy po prostu lubiła taka być.
— Miałem ciężkie przedpołudnie — poprawił się, przewracając oczami.
Zachichotała.
— Cały ty. No chodź. Pokażę ci, co już zrobiłam.
Złapała go za rękę i pociągnęła w głąb domu. Wysłane poprzedniego wieczoru skrzaty zdążyły do rana (nie takiego bardzo wczesnego rana, bo Draco wątpił, żeby Pansy pojawiła się tutaj wcześniej niż po dziewiątej) odkurzyć parter i wszystkie trzy piętra, a dziewczyna zajęła się resztą. Przemeblowała mu dom. Draco stanął jak wryty w progu salonu. Może bywał tu rzadko i to we wczesnym dzieciństwie, ale, do cholery, pamięć to on miał dobrą. A nie przypominał sobie, żeby ich londyńska rezydencja urządzona była tak… nowocześnie. Tak, to dobre słowo.
— Pansy, czy ty oszalałaś? — wydusił w końcu z siebie.
— Skądże — zaćwierkała radośnie, wchodząc do pomieszczenia. — Pomyślałam, że skoro twój szanowny ojciec już tu nie zagląda, przyda się tutaj małe odświeżenie. Och, przestań. — Przewróciła oczami na jego sceptyczno-przerażoną minę w stylu: ojciec mnie zamorduje. — Nic nie wyrzuciłam. Doskonale zdaję sobie sprawę, że te meble mają kilkaset lat i są w twojej rodzinie od pokoleń. Wszystko jest upchnięte w kilku pokojach na trzecim piętrze. I nie, nie wydałam całego twojego majątku — dodała, gdy już otwierał usta, żeby się na nią wydrzeć. — Prawdę mówiąc, twoja kieszeń pewnie nawet tego nie poczuje. Wszystko jest mugolskie.
— Mugolskie? — jęknął.
— Draco, zachowujesz się niepoważnie. Prezentujesz właśnie obraz mugolskiej mody i wypominasz mi kilka gratów? Mugole mają naprawdę świetne pomysły na wystrój wnętrz i w ogóle. Pamiętaj, mój drogi, drewno i stal.
Draco wymamrotał pod nosem, gdzie mogła sobie wetknąć to drewno i stal, ale postanowił się nie kłócić – kłócenie się było trochę poniżej jego godności, jeśli z góry skazany był na porażkę. Prawdę mówiąc, nawet mu się podobał ten nowy styl, proste meble o ostrych krawędziach idealnie oddawały jego uczucia estetyki, ale nie zmieniało to faktu, że był przerażony tym, co Parkinson zrobiła z jego domem. A raczej jeszcze nie do końca jego domem. Jeśli ojcu kiedyś przyszłoby do głowy tu zajrzeć, Draco zostanie żywcem obdarty ze skóry. I to przez jakąś wariatkę, która postanowiła skończyć siedemnaście lat nie normalnie w roku szkolnym, ja każdy przyzwoity człowiek, ale w wakacje, gdy wszyscy oczekiwali imprezy.
Salon był jasny i przyjemny. Ciężkie zasłony zostały zastąpione zwiewnym tiulem, dywan był beżowy i znajdował się jedynie pod stolikiem kawowym, a sofę i pufy z zielonym obiciem i zdobieniami na nogach zastąpiono skórzanymi w kolorze kremowym. Zniknęły ponure obrazy toczących bitwy przodków, bogato zdobiony stolik do kawy zamieniono na szklany, a na prostej, ciemnej komodzie stała trochę samotna figurka anioła wykonana w chyba kości słoniowej. Tuż obok pojawił się szklany barek zapełniony różnorakimi trunkami. Draco rozglądał się z malejącym strachem, a ciągle rosnącą ciekawością i w końcu zażądał:
— Chcę widzieć resztę domu.
Pansy klasnęła w dłonie.
Draco pierwszy raz znalazł się w kuchni. No może niedokładnie pierwszy, ale, jako arystokrata przyzwyczajony do obecności służby, całkiem naturalne było, że rzadko tam bywał. To cud, że w ogóle wiedział, gdzie się znajdowała tak tu, jak i w Malfoy Manor, kilka razy wpadł tam po coś do jedzenia i szczerze wątpił, żeby jego ojciec to wiedział. Jednak Parkinson konsekwentnie chciała pokazać mu wszystko i zaczęła właśnie z tego miejsca. Na przykładzie kuchni dokładnie dowiedział się, co dziewczyna miała na myśli, mówiąc: drewno i stal. Te dwa materiały królowały w tym pomieszczeniu. Następnie Pansy obowiązkowo przeciągnęła go po dwudziestu trzech sypialniach i siedmiu łazienkach, na koniec prowadząc go do siedmiu pokoi zamkniętych, które wypełnione były pod sam sufit starymi meblami, obrazami, stertami pościeli i zasłon. Coś w środku Dracona wrzasnęło i zdechło. Białowłosy właśnie nawrócił się na nowoczesność.
— Podoba ci się — stwierdziła dziewczyna, gdy wrócili do salonu.
Usiadła na jeszcze nieużywanej sofie, a Draco ulokował się w fotelu. Mebel był bardzo wygodny. Po chwili chłopak zjechał niżej i położył stopy na stoliku.
— Jestem gotów dokonać ojcobójstwa, byleby tylko nie przywrócił tu starego porządku — wymamrotał, przymykając oczy.
Zaśmiała się.
— Oby nie, bo jeśli skończysz w Azkabanie, kto będzie nas tu zapraszał?
— Mądra myśl.
— Cóż, mój mózg nie jest taki bezużyteczny, jak się wszystkim wydaje — rzuciła lekko, puszczając do niego oko. — Ale mamy ważniejsze rzeczy do omówienia, niż mózg Pansy Parkinson. Zamówiłam tort, zrobiłam zaproszenia, pozostało jedynie je wysłać, opracowałam listę gości i mam zamiar zabrać się za robienie sukienki dla naszej solenizantki. Jakieś sugestie? — Uniosła delikatnie jedną brew.
— Tylko jedna — mruknął, nie otwierając oczu. — Absolutnie żadnego różu, jeśli chcesz mnie widzieć żywego. Oraz kokardek, falbanek, cekinów i klamerek. Mam nadzieję, że niczego nie zapomniałem.
— Rozumiem, że to nie podlega dyskusji?
Otworzył oczy i spojrzał na nią stanowczym wzrokiem.
— A czy ja wyglądam na człowieka, z którym można dyskutować? — zapytał, unosząc brwi w malfoyowski sposób. — Poza tym, nasza droga solenizantka pod tym względem wyraziła się bardzo jasno. I głośno. Właściwie oznajmiła, że nie pojawi się na przyjęciu, jeśli jej sukienka będzie miała choć jeden z wymienionych przeze mnie elementów. A na koniec rzuciła we mnie poduszką.
Właściwie to nie zrobiła tego bezinteresownie, dodał zaraz w myślach, ale postanowił nie przyznawać się głośno, że zażartował sobie z ubierania Corny w habit i burkę. Jeszcze ktoś mógł pomyśleć, że miał poczucie humoru.
Pansy spojrzała na niego z zaciekawieniem, siedząc bardzo sztywno na sofie po lewej stronie Dracona, podczas gdy on rozłożył się całkiem wygodnie w swoim fotelu. Bo to już był JEGO fotel. Prawdopodobnie dziewczyna nie była po prostu przyzwyczajona do faktu, że ktoś mógłby nawrzeszczeć na Dracona Malfoya i rzucić w niego czymkolwiek. A już na pewno nie Corny Morgenstern, która była taką cichą i spokojną istotką, która dla wszystkich była taka miła i uprzejma. Tylko raz poniosły ją nerwy, gdy Pansy oskarżyła ją o spotykanie się z Draconem po ich wspólnym wypadzie do Hogsmeade w walentynki.
Draco właśnie uświadomił sobie, że nikt prócz Blaise’a nie widział jeszcze, że teraz on i Corny spotykali się już tak całkiem na serio. To będzie rzeź, pomyślał, przyglądając się Parkinson spod na wpół przymkniętych powiek. Jeśli zareagowała tak wtedy, co zrobi teraz? Ona i kilka innych Ślizgonek. Miał nadzieję, że oboje to przeżyją. I że ten dom nie wyleci w powietrze.
— Nie martw się — wyszczerzyła się nagle dziewczyna, na co zmarszczył brwi. — Już o wszystkim wiem. Karty mi powiedziały.
— Wiesz o czym?
— O tobie i Corny, oczywiście — wyjaśniła, machnąwszy ręką i uśmiechnęła się do niego promiennie. — I naprawdę nie mam zamiaru jej mordować, czy coś. Już mi przeszło. Znaczy, no nie do końca mi przeszło, nadal mi się podobasz, ale skoro ty i Corny to tak na serio, to chyba nie mam szans, co? — Wzruszyła ramionami. — Teraz poluję na Theo, ale on chyba lata za Daph… Tak, wiem, co powiesz, już się z nim przespałam. — Machnęła na niego ręką, gdy już otwierał usta, żeby jej dogryźć z tego tytułu. Kłapnął nimi jak ryba wyciągnięta z wody. — Ale chodzi o to, że chłopcy w waszym wieku nie przywiązują emocjonalnej wagi do seksu.
— Czy wyjdę na idiotę, jeśli stwierdzę, że za cholerę nic z tego nie rozumiem? — zapytał ostrożnie.
— I widzisz? O to właśnie mi chodzi. Wy w ogóle nie przejmujecie się naszymi uczuciami. Pff, typowy facet. Masz pojęcie, ile dziewczyn wypłakiwało sobie oczy z twojego powodu?
Przyjrzał się jej podejrzliwie.
— Eee… nie?
— No właśnie. W ogóle nie liczyłeś się z ich uczuciami — drążyła dalej z taką zapalczywością, że nagle Draco poczuł się odrobinę niekomfortowo, fotel zrobił się jakiś taki niewygodny, a chłopak zaczął obawiać o swoje zdrowie fizyczne. — A te biedactwa liczyły, że może znaczą dla ciebie coś więcej i w końcu odkryjesz, co do nich naprawdę czujesz. Ty natomiast znalazłeś sobie kolejną naiwną.
Odebrał to jak policzek. Poczuł, jak wzbierał w nim gniew. Usiadł sztywno i rzucił dziewczynie poirytowane spojrzenie, które nie zrobiło na niej wrażenia. Tak to mogła go ignorować Corny, bo dobrze wiedziała, że i tak nic jej nie zrobi, ale nie dotyczyło to w żadnym razie Parkinson. Nią w każdym momencie mógł mocno potrząsnąć, bez uszczerbku na ciele i jej godności. W końcu nie bił kobiet.
— Aha, czyli uważasz, że to jednak nie jest tak na serio? — wycedził.
Przewróciła oczami.
— No przepraszam cię bardzo, całe życie grałeś niegrzecznego chłopca i nagle mam uwierzyć, że postanowiłeś wejść na drogę cnoty? No sam przyznaj, że brzmi to co najmniej nieprawdopodobnie.
— Z tą cnotą to bym się raczej nie zapędzał — odrzekł chłodno. — Jednak mylisz się, sądząc, że i tym razem postanowiłem skorzystać z okazji.
— No fakt, w Hogwarcie jest jeszcze pełno dziewic powyżej piątego rocznika, które możesz sprowadzić na złą drogę — zakpiła. — Nie, czekaj, została tylko Corny. Nawet Granger ktoś w zeszłym roku przeleciał, nie będę wytykała palcami kto. I nie mam tu na myśli Pottera — dodała z bardzo złośliwym uśmiechem.
Jeśli Draco do tej pory nie żałował tej, jak to nazywał, chwilowej umysłowej słabości swojej i Granger, to teraz zaczął.
— Gratulacje, udało ci się mnie wkurzyć. Mam zacząć bić brawa?
Wypowiedział te słowa tak lodowatym tonem, że nagle Pansy spłoszyła się i zamknęła usta, choć najwyraźniej miała zamiar jeszcze coś dodać. Wydawało się, że nie do końca jej o to chodziło. Rzuciła mu przerażone spojrzenie i przygarbiła się nieco, jakby chciała zmaleć i zniknąć mu z oczu. Nie była już tą kpiącą, sztywną Ślizgonką o niezbyt wielkim rozumku, która plotła trzy po trzy i miała wszystko w głębokim poważaniu. Chyba właśnie zrozumiała, że powiedziała o jedno słowo za dużo. A wszyscy wiedzieli, że nie należy wkurzać Dracona Malfoya, jeśli chciało się dożyć następnego dnia.
Draco nieco spuścił z tonu. Jakoś niespecjalnie widziały mu się plamy krwi na jego nowej kanapie.
— Dobrze — rzucił z chłodnym spokojem. — Powiedzmy, że puszczę tę naszą rozmowę w niepamięć. Jeśli jednak jeszcze raz usłyszę takie oskarżenia, źle się to dla kogoś skończy, jasne? — Uniósł brwi.
Pokiwała głową tak gorliwie, że jeszcze trochę i by się jej urwała. I tak marny jest z niej pożytek, stwierdził Draco w myślach. Najwyraźniej te dziewięćdziesiąt procent na SUMach niewiele znaczyło. Pansy westchnęła z ulgą i wyprostowała się nieco, a po chwili uśmiechnęła blado do chłopaka. Odrobinę niepewnie wracała do swojej dawnej postaci, wciąż zerkając na niego bardzo ostrożnie. Najwyraźniej wzięła jego ostrzeżenia na poważnie. I bardzo dobrze, dokładnie o to mu chodziło. Wprawdzie nie miał zamiaru znęcać się nad nią fizycznie, czy ją torturować, broń go Merlinie, ale nie widział nic złego w porządnym nastraszeniu tej plotkary. Miałby pewność, że dałaby mu spokój, przynajmniej na jakiś czas.
W końcu Pansy przerwała ciężką ciszę, która zapadła między nimi, mówiąc, że powinna wracać do domu i zacząć rozsyłać zaproszenia. A potem szyć sukienkę dla Corny. Draco kiwnął głową i grzecznie odprowadził ją do drzwi, nie siląc się na uprzejmą rozmowę. Dziewczyna pocałowała go w policzek na dowidzenia i posłała mu przepraszający uśmiech, a gdy była już za progiem, coś sobie przypomniał.
— A. I jeszcze jedno. Pansy, na litość Merlina, przestań wróżyć na mój temat — jęknął błagalnie.
Jej uśmiech stał się szerszy i trochę bardziej pewny.
— Ale sprawdziło się — stwierdziła wesoło. — Mówiłam, że zakochasz się w kimś ze swojego otoczenia i się zakochałeś. No może wtedy po cichu liczyłam, że padnie na mnie, ale mówi się trudno — dodała, wzruszając ramionami.
— Merlinie, naprawdę nie masz innych obiektów?
— Mam — odparła ze śmiechem. — Ale ty jesteś najciekawszym — zaśmiała się i puściła mu oko.
Radosnym krokiem odeszła w stronę Hyde Parku, skąd zapewne miała zamiar teleportować się do domu. Draco szczerze życzył jej, żeby napadła ją staruszka i poinformowała, że dawniej panny wstydziłyby się wyjść z domu tak jak ona i niech ją piekło pochłonie. Ale wątpił, czy los byłby na tyle sprawiedliwy. W końcu nie od dziś wiadomo, że nie istnieje pełne szczęśnie.
— Ewidentnie, ktoś na górze mnie nienawidzi — westchnął .
Zamknął drzwi i stwierdził, że ten dzień nie mógł być bardziej pokręcony. A czekała go jeszcze nocna wizyta na Alei Śmiertelnego Nokturnu w poszukiwaniu szczęścia. Nie, przepraszam, Bardzo Ważnej Fiolki z Bardzo Ważnym Eliksirem.

_______________

Opis do tytułu: Inny świat (fr. L’autre monde) – francusko-belgijski thriller z 2010 roku.
[1] Wiem! Przepraszam! Ale po prostu nie mogłam się powstrzymać! Przeczytałam w życiu wiele fanficków i w przynajmniej połowie z nich Draco jest gejem! Ludzie, to jakaś plaga, czy co? Trzeba też zaznaczyć, że w znacznej części tych opowiadań Draco miał bardziej lub mniej znaczącą przygodę z drogim Blaise’em. Wyobrażacie to sobie? Natomiast dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć procent tych historii (znaczy, historii, w których Draco jest gejem) to romans Malfoy-Potter. Mój świat został na zawsze zniszczony.

W sumie to sama nie wiem, co mnie natchnęło do napisania tego rozdziału. Jest bardziej o niczym niż wszystkie inne rozdziały o niczym. No ale pojawiła się Pansy i chyba cały ten rozdział powstał tylko i wyłącznie dla niej. Ja ją lubię, mimo wszystko. Nawet jeśli wychodzi mi z niej tania podróbka Corny w połączeniu z jakąś mega-sweet-różową blondynką (nie obrażając blondynek, nie wszystkie są... ee, blondynkami?). Poza tym, jestem ciekawa Waszych reakcji na "Dom nie do poznania według Pansy Parkinson". Właściwie, to ten rozdział nosił taki tytuł roboczy, ale uznałam, że jest odrobinę za długi.
W następnej części będzie już ukochany przez wszystkich Blaise, no i jeszcze więcej Corny, a potem trochę Voldemorta, Lucjusza, jeszcze więcej Blaise'a i wyczekiwana przez wszystkich impreza. Jeny, pojęcia nie mam, jak to opisać. Trzymajcie kciuki.
Wiecie co? Mam tyle nauki, że zapomniałam już, co to znaczy studiować.

Wasza,